Śledztwo niepożądane

Tygodnik "Angora"

Sejmowa komisja śledcza wyjaśni całą prawdę o porwaniu i zabójstwie Krzysztofa Olewnika tylko wtedy jeżeli zajmie się również rolą organów ścigania w zatuszowaniu tej zbrodni.

 

Przez ponad rok, Prokuratura Okręgowa w Olsztynie nie była w stanie przesłuchać biznesmena z Zielonej Góry – Zbigniewa P. Teraz próbuje go przesłuchać Zamiejscowy Wydział Prokuratury Krajowej w Gdańsku. Próbuje bezskutecznie, bo po Zbigniewie P. słuch zaginął. Ostatni raz widziany był we wrześniu w województwie lubuskim. Według jednej z wersji, wyjechał na stałe z Polski, bojąc się zemsty bandytów. Według drugiej, został zastrzelony jesienią, gdy z prokuratury wyciekły informacje, że ma zostać przesłuchany. Jeśli tak się stało, wyjaśnienie całości sprawy Olewnika będzie bardzo trudne. Biznesmen z Zielonej Góry może być bowiem jednym z kluczowych świadków w tej sprawie.

 

Spotkanie z gangsterem

 

Zbigniew P. w 2001 roku spotkał się z Andrzejem K. – jednym z liderów lubuskiego podziemia przestępczego. Andrzej K. – wykorzystując swoje kontakty w półświatku – pomógł biznesmenowi uwolnić syna uprowadzonego kilka tygodni wcześniej w Zielonej Górze. Andrzeja K. i Zbigniewa P. poznał z sobą znany detektyw Krzysztof Rutkowski. Kilka miesięcy później Rutkowski – wynajęty przez rodzinę Olewników – poznał Andrzeja K z ojcem zamordowanego – Włodzimierzem Olewnikiem. – Powiedział, że to jego człowiek, który ma świetne wejścia w świecie przestępczym i on pomoże znaleźć Krzysztofa – zeznał w trakcie śledztwa świadek tamtej rozmowy. Tyle tylko, że „pomoc” Andrzeja K. i detektywa Rutkowskiego ograniczyła się do obietnicy, że K. „pogada ze wszystkimi z miasta i na pewno się dowie”. Na poczet swojego dowiadywania się, Andrzej K. przyjął od Włodzimierza Olewnika kilkadziesiąt tysięcy złotych zaliczki, po czym zniknął. Olewnikowie nigdy nie zobaczyli ani jego ani pieniędzy. Pytany o to przez prokuratorów detektyw Krzysztof Rutkowski zeznał, że z Andrzejem K. spotkał się tylko raz w życiu, więc nie może być mowy o zmowie w celu wyłudzenia pieniędzy od biznesmena. Zeznania Zbigniewa P. pozwoliłyby na postawienie Krzysztofowi Rutkowskiemu zarzutu fałszywych zeznań.

O całej sprawie prokuratorom opowiedzieć próbował Jerzy Godlewski – ceniony prywatny detektyw, który przez wiele miesięcy pomagał rodzinie Olewników. – Zadzwoniłem do prokuratora Jasińskiego, aby umówić się na spotkanie – opowiada „Angorze” Godlewski. – Prokurator mówił, że zaraz wyśle mi wezwanie. Wezwanie nie dotarło przez kilkanaście miesięcy. Musiałem interweniować u samego ministra sprawiedliwości, aby w końcu prokurator zechciał mnie przesłuchać. Prywatny detektyw został przesłuchany dopiero… po dwóch latach i tylko dzięki interwencji u ministra. Jednak samo przesłuchanie też pozostawiało wiele do życzenia. – Prokurator Pluto, który wówczas mnie przesłuchiwał, zachowywał się niepoważnie – wspomina Godlewski. – Nie chciał protokołować wszystkiego, starał się część rzeczy pominąć. Nie był zainteresowany zwłaszcza informacjami, które mogłyby doprowadzić do prawdziwych inspiratorów zbrodni. Doszło do awantury i sprzeczki między nami. Wspomniany prokurator Pluto to ten sam, którego rzekomo miał pobić Włodzimierz Olewnik (prokuratura w Bydgoszczy postawiła biznesmenowi za to zarzut, lecz potem sprawę umorzyła). Prokurator Pluto z dziennikarzem „Angory” rozmawiać nie chciał. Sam Godlewski wspominał wówczas o wątku dotyczącym Andrzeja K. i Zbigniewa P. Biznesmen z Zielonej Góry miał w tej sprawie zostać przesłuchany. Nie został po dziś dzień i ten wątek śledztwa stoi w miejscu. – Trudno oprzeć się wrażeniu, że prokuratura stara się nie poznać prawdziwej roli detektywa Rutkowskiego – komentuje Danuta Olewnik – Cieplińska – siostra zamordowanego Krzysztofa. Tymczasem zatrzymanie Rutkowskiego i postawienie mu zarzutów mogłoby być przełomem w śledztwie.

 

Wrobić detektywa

 

Mniej szczęścia miał inny, znany prywatny detektyw – Marcin Popowski. Popowski – były kapitan Urzędu Ochrony Państwa – od połowy lat 90. rzecznik Stowarzyszenia Detektywów Polskich – w 2001 roku zdecydował się pomóc rodzinie Olewników. Co ciekawe: Popowskiego namówił do tego Jerzy Dziewulski – były szef antyterrorystów na Warszawskim Okęciu, dziś ceniony ekspert od spraw bezpieczeństwa. – Pan Popowski pomagał nam za darmo – przyznaje Włodzimierz Olewnik. – Raz, kiedy spotkaliśmy się w luksusowej restauracji w Warszawie, postawiłem mu kawę za 15 złotych i to było jedyne wynagrodzenie. Popowski wykorzystywał swoje kanały, by zbierać informacje w tej sprawie. Tyle tylko, że specgrupa policyjna powołana do wyjaśnienia tej sprawy postawiła hipotezę, że Popowski porwał Olewnika, wywiózł go do Wiednia i tam ukrywa, aby wyłudzić pieniądze od rodziny. W Komendzie Głównej Policji wszczęto więc tajną Sprawę Operacyjnego Rozpracowania o kryptonimie „Detektyw”. W październiku 2004 roku udało się uzyskać zgodę sądu na inwigilację detektywa. Założono mu podsłuch telefoniczny i domowy. Zaczęto również kontrolować jego pocztę, w tym elektroniczną.

Inwigilacja detektywa pozwoliła potwierdzić, że miał częste kontakty z podinsp. Mirosławem G. – oficerem Komendy Głównej Policji. W 2004 roku Mirosław G. został powołany do drugiej grupy policyjnej stworzonej w celu wyjaśnienia porwania Krzysztofa Olewnika. W sierpniu 2005 r. sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Na jej polecenie w marcu 2006 roku brygada antyterrorystyczna zatrzymała detektywa Popowskiego. Zatrzymano również Mirosława G. i Piotra H. – drugiego policjanta. Funkcjonariuszom zarzucono korupcję. Zdaniem prokuratury, w zamian za pieniądze mieli udzielać detektywowi informacji niejawnych. Popowskiemu postawiono zarzut nakłaniania do ujawnienia tajemnicy. Wszyscy trzej zatrzymani spędzili kilka miesięcy w areszcie. Co ciekawe: śledztwo w tak błahej sprawie zajęło prokuraturze ponad dwa lata. Tyle bowiem minęło od wszczęcia inwigilacji Popowskiego (jesień 2004) do momentu skierowania do sądu aktu oskarżenia (grudzień 2006). Sprawa w pierwszej instancji ciągnie się wiele miesięcy i końca nie widać. Tylko niejawne akta tej sprawy liczą aż 60 tomów.

 

Policyjna supergrupa

 

Oficjalnie, zatrzymanie detektywa było finałem wielomiesięcznej pracy operacyjnej. Jest jednak jeszcze druga hipoteza: akcja mogła służyć wyeliminowaniu człowieka, który pomagał rodzinie Olewników i niebezpiecznie zbliżył się do prawdy. Zatrzymanie go, osadzenie w areszcie, postawienie zarzutów i zabranie licencji detektywistycznej pozwoliło wyeliminować go z gry i zrobić z niego osobę niewiarygodną.

W tamtym czasie okoliczności zbrodni na młodym biznesmenie z Drobina badała specjalna grupa policyjna. Nadzór nad nią sprawował mł. insp. Janusz Czerwiński – szef Centralnego Biura Śledczego. Ze względu na powagę sprawy, wiceminister spraw wewnętrznych Andrzej Brachmański wydał polecenie, aby grupę wyposażyć w środki łączności i specjalne samochody. Funkcjonariusze nie dostali jednak całego sprzętu. Do grupy powołany został m.in. komisarz Grzegorz K., który miał poważne problemy alkoholowe. W trakcie prac grupy, Grzegorz K. wielokrotnie powoływał się na znajomość z Ryszardem Kaliszem i innymi wpływowymi politykami SLD, także płockiego. Co ciekawe: do grona swoich znajomych, Grzegorz K. zaliczał większość polityków, u których rodzina Olewników rozpaczliwie interweniowała, błagając o pomoc. Tego wątku sprawy prokuratura nie podjęła do dziś. Sam Kalisz mówi dziennikarzowi „Angory”, że zrobił wszystko, co mógł w tej sprawie zrobić, jednak nie mógł ujawnić rodzinie Olewników kulisów działań policji, bo były one objęte klauzulą tajności.

 

Błędy nieprzypadkowe

 

Śledztwo dotyczące porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika było od pierwszego dnia prowadzone w sposób skandaliczny – ocenia Zbigniew Wassermann – poseł PiS i członek sejmowej komisji, która ma wyjaśnić tą sprawę. Już kilka godzin po porwaniu w domu Krzysztofa zjawiła się ekipa policyjna, która zabezpieczyła ślady, jednak nie poddała ich badaniu laboratoryjnemu. Policjanci nie sporządzili portretu psychologicznego ofiary, ani porywaczy. Henryk S. – dochodzeniowiec z płockiej komendy uparcie twierdził, że na miejscu uprowadzenia nie było śladów walki, choć krew widoczna była gołym okiem. S. ma dziś postawione zarzuty. Miesiąc później policjanci zlekceważyli kasetę z nagraniem z monitoringu sklepu. Na nagraniu widać było jak Wojciech Franiewski – szef gangu porywaczy – kupuje telefon komórkowy, z którego później dzwoniono do rodziny. Przez trzy lata pierwsza policyjna grupa, kierowana przez nadkomisarza Remigiusza M., uparcie forsowała tezę o samouprowadzeniu Krzysztofa, choć nie miało to żadnych podstaw. Remigiusz M. (dziś jest podejrzanym w tej sprawie) nie sprawdził alibi lokalnych gangsterów, co jest rutynową czynnością przy takich sprawach. Nie sprawdził również numeru telefonu, z którego porywacze dzwonili do krewnych porwanego. Tymczasem telefon ten… zarejestrowany był na Braniewskiego. Rodzina uprowadzonego otrzymywała anonimy, z których wynikało, że porywacze wiedzą o współpracy Olewników z policjantami. W styczniu 2003 r. ojciec Krzysztofa otrzymał drugianonim: „Porywacze mają zamiar zabić Krzysztofa. Jeśli pan może, niech pan odszuka Ireneusza Piotrowskiego. On ukrywa się koło Nowego Dworu Mazowieckiego. Kontaktuje się z nim Pazik"; Olewnik natychmiast przekazał anonim naczelnikowi Remigiuszowi M., ale ten go zlekceważył. W lipcu 2003 r. po pięciu próbach, porywacze podjęli okup, który siostra porwanego – Danuta Olewnik – zrzuciła z wiaduktu w Warszawie. Wcześniej jednak nikt nie nagrywał jej rozmów z porywaczami. Policjanci nie zabezpieczyli pieniędzy i nie spisali numerów banknotów. Funkcjonariusz, który jechał za siostrą porwanego zgubił się po drodze i nie dotarł na miejsce przekazania okupu! – Niewiele było śledztw, w których popełniono aż tak ogromną ilość tak kardynalnych błędów – mówi Jerzy Dziewulski. Czy to możliwe aby każdy z tych błędów był dziełem przypadku lub głupoty śledczych? Na to pytanie trudno będzie odpowiedzieć, bo w 2004 r. akta śledztwa zostały skradzione z samochodu, który wiózł je do Warszawy. Stało się to w chwili, gdy policjanci, którzy wieźli akta, zatrzymali się na obiad. Następnego dnia Włodzimierz Olewnik otrzymał anonimowy list, w którym napisano: „Akta miały zniknąć. Dobrze, że w chwili kradzieży nie było przy nich policjantów, bo też musieliby zginąć”. Wszystko wskazuje na to, że źródłem przecieku o transporcie akt była osoba z wąskiego kręgu prokuratorów i policjantów uczestniczących w śledztwie, bowiem nikt inny nie wiedział o tym, że akta pojadą do Warszawy. – Analiza tej sprawy wskazuje, że porywacze Krzysztofa Olewnika mieli bardzo wpływowych mocodawców – uważa Zbigniew Wassermann. Ich zidentyfikowanie będzie rolą komisji śledczej, która już niebawem zacznie prace. Wyniki tych prac mogą zdestabilizować lewą stronę polskiej sceny politycznej i ujawnić jej związki ze zorganizowanymi grupami przestępczymi tak na szczeblu lokalnym jak i centralnym. Jednak nie wolno z tego rezygnować. Bo sprawców każdej brutalnej zbrodni politycznej trzeba ścigać bez względu na ich polityczne powiązania.

 

LESZEK SZYMOWSKI

 

Artkuł opublikowany dzięki uprzejmości tygodnika Angora

Wróć