Klątwa grobu Olewnika

Tygodnik "NIE"

– Jak to się stało, że znalazł się Pan w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika?
– Zaczęło się od tego, że państwo Olewnikowie zwrócili się do posła Jerzego Dziewulskiego z SLD. To on stwierdził, że warto by było, żebym przyjrzał się tej sprawie. Z dwóch powodów: raz, że wówczas byłem rzecznikiem prasowym Stowarzyszenia Detektywów Polskich, a w sprawie tej przewijał się detektyw Rutkowski, który zdaniem niektórych działał nieetycznie. Dwa, że Dziewulski uważał, że mam możliwość rozwikłania tej sprawy.

– Jak długo badał Pan sprawę porwania?
– Cały 2004 rok i jeszcze kawałek 2005. Grubo ponad rok.

– I czego się Pan dowiedział?
– Zajmowałem się różnymi pobocznymi, choć moim zdaniem istotnymi wątkami. Na przykład handlem padliną, która trafiała do zakładów mięsnych, albo stalą na budowę mostu na Wiśle. Początkowo analizowałem też podobne porwania. Gdy m.in. na skutek interwencji posła Dziewulskiego została powołana w policji nowa grupa do rozpracowania tej sprawy, zająłem się też ustaleniem, kim są funkcjonariusze, którzy weszli w jej skład. Jaką mają przeszłość, czy przypadkiem nie zachodzą jakieś okoliczności dyskwalifikujące ich w tej sprawie.

– Co się okazało?
– To była druga połowa 2004 r. Mieliśmy nadzieję, że Krzysztof Olewnik żyje. Tymczasem proszę sobie wyobrazić, że w specjalnej grupie policyjnej zajmującej się tym porwaniem nie było dochodzeniowca, a później dochodzeniowcem został aspirant Henryk Straus, który tę funkcję pełnił w poprzednich grupach...

– Co to znaczy, że nie ma dochodzeniowca?
– W każdej grupie powołanej do rozwikłania jakiegoś poważnego przestępstwa jest podział kompetencji. Są policjanci operacyjni, są ludzie, którzy się zajmują ekspertyzami itd., ale podstawową osobą jest dochodzeniowiec, bo to on prowadzi śledztwo, kojarzy fakty, przesłuchuje. I w nowej niby świetnej grupie przez parę miesięcy nie było dochodzeniowca do momentu, aż nie dokooptowano Henryka Strausa z poprzedniej ekipy, która już w tej sprawie dała ciała.

– A reszta ekipy?
– To była zbieranina przypadkowych osób. Charakterystyczne, że żadna z nich nigdy dotąd nie zajmowała się porwaniami. Władze resortu informowały wtedy media, że grupa została wyposażona w odpowiednie środki finansowe oraz samochody, komputery, środki łączności i wszelkie potrzebne sprzęty. Tymczasem oni tego nie mieli. Nawet nie mieli własnego lokalu. Zostali dokooptowani do pokoju przy ul. Okrzei w Centralnym Biurze Śledczym, gdzie siedzibę miała inna grupa zajmująca się zupełnie czymś innym. Mało tego, mieli z tą grupą wspólną kasę pancerną, co oznaczało, że funkcjonariusze spoza grupy mieli stały i swobodny dostęp do materiałów operacyjnych, jakie gromadzili. To była kpina w biały dzień...

– Kto powołał tę grupę?
– Ówczesny komendant główny policji Leszek Szreder. Nadzorował jej pracę Janusz Czerwiński – szef CBŚ, a bezpośrednim koordynatorem grupy była Grażyna Biskupska, która wsławiła się niechlubnie tragiczną akcją w Magdalence. Jednak najbardziej wstrząsnęły mną ustalenia dotyczące kierownika grupy Grzegorza K. Ten policjant był osobą z ogromnymi kłopotami natury osobistej. Chorował, leczył się na odwyku. Mówiąc krótko, nie powinien być nawet szeregowym policjantem. A tu powierzono mu taką sprawę...

– A dziś się okazało, że są wobec niego poważniejsze zarzuty?
– Tak, 3 miesiące temu Grzegorz K. usłyszał zarzuty wieloletniej współpracy z łomżyńskimi przestępcami handlującymi amfetaminą. Zarzuca mu się sprzedawanie informacji gangsterom i podżeganie do produkcji narkotyków. Proceder ten kwitł już wówczas, gdy stanął na czele grupy poszukującej sprawców porwania Olewnika.

– Wracając do roku 2004, jakie grupa miała wtedy osiągnięcia?
– Żadne. Wciąż główną hipotezą było samouprowadzenie, obserwowano więc ekskluzywny hotel w górach, tworzono jakieś całkiem fikcyjne i niedorzeczne wątki rzekomej przyjaźni Krzysztofa z jakimś księdzem z Pomorza, grupa zupełnie niepotrzebnie wyjeżdżała do Austrii...

– Źle to wyglądało, postanowił Pan tę wiedzę przekazać Włodzimierzowi Olewnikowi? Ojciec powinien wiedzieć, że kolejna grupa zajmująca się porwaniem jego syna, mówiąc delikatnie, się nie sprawdza?
– Tak, złożyłem panu Włodzimierzowi szczegółowy raport z moich ustaleń dotyczących policjantów. On mnie uprzedził, że o moich ustaleniach powiadomi szefa grupy dochodzeniowo-śledczej, czyli Grzegorza K., z którym miał swoisty układ lojalnościowy. Wówczas pan Olewnik jeszcze wierzył, że nowa grupa działa sprawnie i robi wszystko, by odzyskać jego syna...

– I powtórzył?
– Tak, mimo że uważałem, iż powinien się nad tym zastanowić, informacje te mogą bowiem wielu ludziom zaszkodzić.

– Co się dalej wydarzyło?
– Została mi założona kontrola operacyjna. Podsłuch na telefon i inwigilacja poczty elektronicznej. Żeby uzyskać zgodę na takie działania, policjanci przekazali prokuraturze, że jestem podejrzany o porwania i handel ludźmi, handel bronią oraz że jestem przywódcą zorganizowanej grupy zbrojnej. W skład mojej bandy mieli rzekomo wchodzić policjanci i ludzie ze służb specjalnych. Grupa miała być podzielona na komórki, które znam tylko ja, koordynując ich działanie. Używamy najlepszej techniki – środków łączności, broni itd. Niestety żaden z prokuratorów nie zażądał pokazania jakiegokolwiek dowodu, uwierzyli na słowo. Dali wiarę, że polecenia bandytom wydaję z powszechnie znanego telefonu komórkowego oraz ze skrzynki detektyw@popowski.pl, że posługuję się w przestępczej działalności legalnie posiadaną bronią oraz że w celach przestępczych podróżuję własnym samochodem zarejestrowanym na moje nazwisko. Zrobili ze mnie, kurwa, jakiegoś debila.

– Doszło do zatrzymania?
– Tak, zatrzymywali mnie antyterroryści, którym przekazano informację, że zatrzymują szefa zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym. Mogę naprawdę się cieszyć, że mnie wtedy nie zastrzelono albo nie postrzelono. Następnie przeszukano moje mieszkanie. Znaleziono w nim legalną broń – 3 jednostki zabezpieczone w sejfie, amunicję do niej, atrapy dwóch granatów, wojskową ćwiczebną petardę, mocno przemoczoną, niezdatną do użytku, oraz śladowe ilości narkotyków...

– O, dragi? Czyli jednak coś nielegalnego wykryli?
– Owszem, wiedzieli z podsłuchu, że mam klientkę, której syn prawdopodobnie ćpa. Prosiła mnie, żebym zbadał substancje, które znalazła w jego rzeczach. Przyniosła dokładnie puste torebki z osadem na ściankach. Miałem to oddać do ekspertyzy. I do posiadania tych torebeczek się przyznaję. Jednak w czasie przeszukania pies służbowy Raptor znalazł na podłodze 1 gram amfetaminy i 3 gramy marihuany. To jest pierwsza wersja z protokołu przeszukania. Według drugiej wersji narkotyki znaleźli funkcjonariusze. Były ukryte za jakimś kwiatkiem. To wersja z protokołu przesłuchania funkcjonariuszy uczestniczących w rewizji. Obydwie wersje znajdują się w aktach sprawy.

– Podrzucili?
– Z całą pewnością ktoś mi te dragi podrzucił. Ja ich w domu nie miałem. Zrobiono to w sposób dyletancki, gdyż poza różnymi zeznaniami w sprawie tego, jak znaleziono narkotyki, walnięto się jeszcze w papierach. Proszę sobie wyobrazić, że protokół jest spisywany dajmy na to o 20.00 przy ul. Okrzei w Warszawie, a o 20.50 już jest ekspertyza z laboratorium z Płocka potwierdzająca, że są to narkotyki. Zakrzywienie czasoprzestrzeni?

– Do rewizji nie wzięto jakichś świadków?
– Na klatce była dozorczyni, był mój kolega, jednak stanowczo odmówiono mi, bym przysposobił którąś z tych osób do rewizji. Odmówiono mi nawet prawa do wezwania na miejsce adwokata. W blisko 50-metrowym mieszkaniu znajdowało się 21 osób oraz dwa psy. Jeden do szukania narkotyków, drugi do tropienia ładunków wybuchowych i zwłok. Przeszukano też piwnicę, zresztą nie moją, oraz bez nakazu mieszkanie moich rodziców. Film z rewizji i zatrzymania sprzedano do TVN i Onetu...

– Kto sprzedał?
– Jeden z gliniarzy sobie po prostu dorobił.

– Areszt?
– Oczywiście! Sąd został poinformowany, że znaleziono u mnie granaty i nielegalną broń. No bo w tym czasie policjanci jakoś nie mogli ustalić, co to za broń, mimo że papiery do niej leżały zabezpieczone w mieszkaniu w sejfie. A o granatach wiedzieli od razu, że to atrapy. Jeden z antyterrorystów biorących udział w przeszukaniu był jednocześnie pirotechnikiem. Rzucił tylko okiem na granaty i od razu odstawił je na półkę z komentarzem, że to atrapy. Mimo to wysłano je do ekspertyzy, a przed sądem udawano, że zachodzi prawdopodobieństwo, iż były to prawdziwe granaty. Sąd klepnął areszt, zawieziono mnie na Białołękę i zaczęło się moje nowe kolorowe życie.

– Jak długo Pan siedział?
– Dziewięć i pół miesiąca. W tym czasie prokuratura nie przesłuchała mnie ani razu. Jakaś kurwa wymyśliła bzdury na mój temat, dlatego przez dziewięć i pół miesiąca kąpałem się raz w tygodniu przez 6 minut w ciepłej wodzie, widzenia miałem raz na dwa tygodnie, raz na kwartał dostawałem paczkę, musiałem korzystać z toalety przy innych, spać na niewygodnych materacach, chodzić na godzinny spacer. Tylko dlatego, że ktoś nie potrafił się przyznać: tak, jestem pijakiem i nie nadaję się do tej pracy.

– Co zostało z tych wszystkich poważnych zarzutów, które Panu postawiono?
– Zostały te narkotyki, tak jak mówię, z pewnością mi podrzucone. Oraz zarzut nakłaniania policjantów do przekroczenia uprawnień. Polegało to na tym, że jak każdy z detektywów miałem swoich informatorów w policji. Na przykład zwracała się do mnie renomowana firma kurierska z pytaniem o każdą osobę, którą chciała zatrudnić. Ustalałem, czy to osoba godna zaufania. Jedną z metod było sprawdzenie w policyjnej bazie danych, czy osoba taka nie miała wcześniej konfliktu z prawem. Również ustalenie, czy samochód nie jest kradziony, wiązało się z koniecznością wydobycia informacji z policji. Niestety oficjalnie nie da się tego zrobić, jak każdy detektyw w tym kraju korzystałem więc ze znajomości. Postawiono mi w związku z taką działalnością 26 zarzutów. Wszystkie dotyczą tego samego przestępstwa. To zwykła złośliwość, gdyż w zasadzie jest to jeden czyn popełniany wielokrotnie, wystarczyłby więc jeden zarzut. Ale 26 brzmi lepiej, prawda? Nikt nie wnikał, jaki był charakter mojej współpracy z policjantami. Przecież lepiej puścić w świat informację, że ich korumpowałem. Takich zarzutów jednak nie mam.

– A uprowadzenia, handel ludźmi, handel bronią, przywództwo grupie zbrojnej? Co z tymi zarzutami?
– W akcie oskarżenia nie ma po nich śladu. Sprawa przeciwko mnie zaczęła się w 2004 r., od 2006 leży w sądzie. Czekam na sprawiedliwy wyrok.

Rozmawiał ANDRZEJ ROZENEK

Źródło: http://nie.com.pl/art21374.htm

  Grzegorz K.
Policjant z Centralnego Biura Śledczego. To on skierował na detektywa Popowskiego podejrzenia o udział w zbrojnej grupie porywającej i handlującej ludźmi. Już w 2000 r. mł. insp. Grzegorz K. nieregularnie pojawiał się w pracy. Nieobecności zdaniem kolegów wynikały z nadużywania alkoholu. Wśród policjantów K. miał ksywkę Psychotrop. Mimo to w 2004 r. stanął na czele grupy poszukującej porywaczy Krzysztofa Olewnika. 15 maja 2009 r. usłyszał zarzuty ujawniania, w zamian za korzyści majątkowe, tajemnicy służbowej. Ponadto prokuratura zarzuciła policjantowi, że podżegał do produkcji środków odurzających. Grzegorz K. miał w latach 1998–2008 współpracować z łomżyńskim gangiem Sławomira W. ksywka Generał. Grupa ta specjalizowała się w obrocie środkami odurzającymi, napadach, porwaniach (sic!) i podpaleniach. Prokuratorzy twierdzą, że grupa działała tak długo dzięki powiązaniom korupcyjnym z policją i prokuraturą. Wielokrotnie sprawcom udawało się zbiec z miejsca zdarzenia czy też wyprzedzić ruchy policji dzięki informacjom od kreta w szeregach policji.

Wróć