Dlaczego zginął?

Gość Niedzielny

W tym porwaniu mogło wcale nie chodzić o okup - uważa znany ekspert kryminologii i kryminalistyki prof. Brunon Hołyst.

Olewnik mógł być wolny po dwóch, trzech dniach – uważa profesor, nie szczędząc ostrych słów pod adresem policji i prokuratury. Jego zdaniem, organa ścigania nie wykorzystały dostępnych dowodów, lansowały natomiast wersję o samouprowadzeniu i ukrywaniu się Krzysztofa Olewnika m.in. w Berlinie. – Jak człowiek zamożny może sam siebie uprowadzić!? To kryminalistyczna fikcja! – śmieje się prof. Hołyst, który wiedzę o tej sprawie czerpał z kilkakrotnych rozmów spotkania z rodziną Krzysztofa Olewnika.
Profesora zastanawia przede wszystkim to, że młody biznesmen był więziony aż dwa lata, porywacze nie od razu zgłosili żądanie okupu, a następnie umawiali się na przekazanie okupu, ale go nie podejmowali. To absolutna rzadkość. Jak mówi ekspert, we Włoszech zdarzyło się, że osoba uprowadzona odzyskała wolność po 4 latach. Ale to sytuacja wyjątkowa. Zdaniem prof. Hołysta, przyczyna porwania mogła być zupełnie inna, biznesowa. Według przekazanych przez niego informacji, ojciec Włodzimierz Olewnik krótko przed uprowadzeniem miał mieć już przyznany kredyt na działalność gospodarczą. Potem okazało się, że tego kredytu jednak nie dostanie. – Być może ktoś chciał być współwłaścicielem tego interesu, może konkurencja chciała go wykończyć – mówi prof. Hołyst. Podkreśla przy tym, że w każdym razie jest to najbardziej zagadkowa sprawa w polskiej kryminalistyce.

Porwanie i mord

Przypomnijmy podstawowe fakty. Krzysztof Olewnik miał w chwili porwania 25 lat. Był synem potentata branży mięsnej z Mazowsza. Napadu dokonano w nocy z 26 na 27 października 2001 r. w jego domu w Świerczynku k. Drobina. Dwa dni później zadzwonił telefon. Porwany przerażonym głosem przeczytał napisany mu tekst z żądaniem okupu. To, co działo się przez kolejne dwa lata, aż trudno sobie wyobrazić. Olewnik przetrzymywany był głównie w betonowej studni. Porywacze raz po raz umawiali się na przekazanie okupu, ale go nie podejmowali. Zrobili to dopiero w lipcu 2003 r. Było to 300 tys. euro. Krzysztof jednak nie wrócił do domu. Pięć lat po uprowadzeniu w miejscowości Różan śledczy znaleźli ciało porwanego mężczyzny. Miejsce ukrycia zwłok wskazał jeden ze sprawców mordu na Krzysztofie Olewniku, Sławomier Kościuk. 31 marca bieżącego roku Sąd Okręgowy w Płocku skazał na dożywocie dwóch zabójców Krzysztofa Olewnika: Sławomira Kościuka i Roberta Pazika. Kary od 1 roku do 15 lat wiezienia otrzymało osiem innych osób, które brały udział w porwaniu i przetrzymywaniu Krzysztofa Olewnika. Jeden oskarżony został uwolniony od zarzutów. Cóż, jest wyrok, są sprawcy – niby wszystko jest jasne. Ale nie do końca.

 

Zaniedbania

Wątpliwości budzi przede wszystkim sposób prowadzenia tej sprawy przez policję. Olsztyńska Prokura-tura Okręgowa już przed rokiem sporządziła raport, wskazujący na wiele nieprawidłowości w prowadzeniu śledztwa. Rzecznik tej prokuratury, Mieczysław Orzechowski, nie chce mówić o zawartości tego kilkunastostronicowego raportu, ale przyznaje, że jego treść stała się już tajemnicą poliszynela.
„Gazeta Wyborcza” opublikowała listę 13 zarzutów pod adresem prowadzących tę sprawę. Miały to być m.in: ujawnienie niektórych dowodów dopiero po czterech latach od daty ich zgromadzenia, podejmowanie wątków drugo-, a nawet trzeciorzędnych, gdy sprawa zbliżała się do punktu kulminacyjnego, a zebrane dowody wskazywały na bezpośrednich sprawców, zaniedbania w ustaleniach osobowych w związku z danymi otrzymanymi od operatorów komórkowych. Według „Gazety Wyborczej”, dopiero po 17 miesiącach policjanci uzyskali odczyty połączeń telefonu stacjonarnego, na który po porwaniu zadzwonili jego sprawcy. Niedopuszczalne było też zaniedbanie monitorowania telefonu sprawców przy przekazaniu okupu.

W tym porwaniu mogło wcale nie chodzić o okup - uważa znany ekspert kryminologii i kryminalistyki prof. Brunon Hołyst.

Kret

Były szef Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Ryszard Kalisz mówił w mediach, że w zorganizowanej w Centralnym Biurze Śledczym grupie, zajmującej się tym porwaniem, był „kret” – policjant współpracujący z przestępcami. Został on nawet aresztowany. Jednak pełnomocnik rodziny Olewników Wojciech Brochwicz powiedział w TVN24, że nie wierzy, żeby ten policjant był zdrajcą. Jego zdaniem, był to jedyny człowiek, który naprawdę chciał tę sprawę wyjaśnić. Kolejnym dziwnym elementem całej układanki było zniknięcie w 2004 r. z jednej z warszawskich ulic samochodu z 16 tomami akt sprawy porwania Krzysztofa Olewnika. Stało się to tuż przed przekazaniem sprawy z Warszawy do Prokuratury Okręgowej w Olsztynie, która później rzeczywiście znalazła sprawców porwania. Jak napisała „Rzeczpospolita”, w tym samym okresie podmieniano też billingi, sugerując samouprowadzenie.

Co widziała kamera?

W czerwcu 2007 r. samobójstwo popełnił Wojciech F. – domniemany szef gangu, który porwał Olewnika, a na początku kwietnia bieżącego roku w pojedynczej celi aresztu w Płocku powiesił się na prześcieradle jeden z morderców Krzysztofa Olewnika, Sławomir Kościuk. Jak powiedział w radiowych „Sygnałach Dnia” minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski, kamera w celi nie zarejestrowała tego samobójstwa, ponieważ miało ono miejsce na muszli klozetowej, a więc w miejscu, którego na żądanie Rzecznika Praw Obywatelskich kamera nie obejmuje. I tu kolejna zagadka, bo Rzecznik Praw Obywatelskich ustami swego rzecznika prasowego Stanisława Wileńskiego zaprzecza, jakoby kiedykolwiek kwestionował potrzebę pełnego monitorowania cel dla więźniów niebezpiecznych. Rzecznik zaprzecza też, jakoby podobne żądanie miał wysunąć którykolwiek z poprzedników Janusza Kochanowskiego.

Politycy

W każdym razie min. Ćwiąkalski spotkał się z rodziną Krzysztofa Olewnika i zapewnił o osobistym za-angażowaniu w pełne wyjaśnienie tej sprawy. Natomiast cytowany przez PAP były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zasugerował, że istnieje analogia między sprawą Olewnika a aferą starachowicką, bo – jak stwierdził w obydwu tych sprawach pojawiały się ślady przestępczych konszachtów gangsterów z lokalnym establishmentem SLD. Marcin Popowski, detektyw, który zajmował się sprawą porwania, a który – podobnie jak wspomniany wyżej oficer policji – był aresztowany w związku z tropieniem w CBŚ „kreta”, mówił w RMF, że dotarł do kobiety, która miała informować Radę Mazowiecką SLD o śladach łączących jednego z działaczy tej partii z porwaniem Krzysztofa Olewnika. Jak powiedział Popowski, w efekcie kobieta ta została usunięta z SLD, a działacz, o którym informowała – nie. Pojawiły się też informacje, jakoby śmierć biznesmena miała związek z wykryciem przez niego nieprawidłowości w handlu stalą. Mówił o nich w RMF- -ie były minister sprawiedliwości Janusz Kaczmarek. Jak widać, tropów jest wiele. Który jest prawdziwy? Być może nigdy się tego nie dowiemy. Największą przeszkodą mogą być tajemnicze samobójstwa tych, który mogliby naprowadzić śledczych na właściwe tory i wskazać inspiratorów zbrodni. W każdym razie rodzina Olewników podkreśla, że nie spocznie, dopóki nie wykryje zleceniodawców porwania i mordu na swoim bliskim.

Jarosław Dudała
Źródło: http://goscniedzielny.wiara.pl/index.php?grupa=6&cr=0&kolej=0&art=1208932290&dzi=1207812935&katg=

Wróć