Od
jakiego czasu zajmował się Pan działalnością detektywistyczną?
Od
piętnastu lat. W 1993 r. trafiłem do zawodu. Miałem dwadzieścia
dwa lata. Uczyłem się fachu pracując w innych agencjach.
Zaprotegował mnie ojciec, który pracował w służbach specjalnych.
Później rekomendował mnie pan generał Marek Papała.
Czy
większość agencji detektywistycznych tworzą ludzie służb?
Oczywiście,
że tak. Przecież nikt z przypadku nie trafia do tej branży. Budzi
się i mówi, że zostaje prywatnym detektywem. Dawniej wystarczyło
zapłacić po trzysta złotych za każde zezwolenie na detektywistykę
i ochronę mienia i osób i dostawało się koncesje. Głównie
weszli w to ludzie z policji i ze służb. Osoby z układami
wchodziły w ochronę. Robili alarmy i monitoring. Najpierw kasyn,
hoteli, potem sieci sklepów. Tak powstały największe firmy
ochroniarskie. Ludzie dłubiący cały czas w obserwacji,
przestępstwach gospodarczych i kontrwywiadzie poszli w
detektywistykę. Zmieniła się sytuacja od momentu, gdy weszła
ustawa o usługach detektywistycznych. Od początku ustawa jest
knotem legislacyjnym, co potwierdza wielu prawników. Nie zmienia to
faktu, że nadal ktoś bez kontaktów, dopływu informacji mógł tym
się zajmować.
Jakich
informacji?
Na
przykład związane z szeroko rozumianymi bazami danych samochodów,
adresów mieszkań, siedzib firm.
Z
telefonią komórkową.
To
jest pozyskiwanie informacji poufnych, zastrzeżonych dla ludzi spoza
policji i służb. Detektyw nie może być wyjątkiem.
Prawda,
nie powinien, bo jeśli pozna, to skończy jak ja. Zostałem
zatrzymany pod zarzutem nakłaniania do ujawnienia tajemnicy
państwowej. Konkretnie numerów rejestracyjnych samochodu. Samochodu
klienta, który chciał sprawdzić, czy ten samochód kupuje
legalnie. Drugi to za sprawdzenie adresów. Ktoś od kogoś kupował
mieszkanie lub chciał je wynająć i sprawdzał do kogo należy.
Miał
pan pecha, że złapano pana na tym samym, co robi reszta detektywów?
Dokładnie.
Prowadząc nawet sprawy małżeńskie, trzeba np. namierzyć samochód
i telefon kochanka lub kochanki. Adres, pod który się udają. Bo
później tę osobę należy wezwać do sądu, by móc powiedzieć
moja żona spotyka się z Krzysztofem Kowalskim zamieszkałym tu i
tu. Wiadomo, że pozyskując te informacje będziemy poruszać się
na granicy prawa.
Pana
zatrzymanie jednak było nagłośnione, jakby chodziło o coś
więcej?
Stałem
się niewygodny, dla niektórych policyjnych notabli. Chodziło o
zakneblowanie mi ust i dochodzenia prawdy. Miałem wiedzę dotyczącą
mechanizmów przestępczych w policji, chociażby na przykładzie
sprawy porwania Krzysztofa Olewnika. W 2004 r. zwrócił się do
mnie, jako do członka zarządu stowarzyszenia detektywów polskich,
poseł Jerzy Dziewulski, poprosił, żebym pomógł Włodzimierzowi
Olewnikowi w jego staraniach o dojście do prawdy. Przewijało się
tam nazwisko Krzysztofa Rutkowskiego, który ponoć rzucał złe
światło na pracę detektywów przy tej sprawie. A także kilku
polityków SLD, którzy wywierali naciski na prowadzących sprawę.
Ojciec
porwanego Krzysztofa, nie wierząc policji, zaczął zatrudniać
prywatnych detektywów.
Widział
ich uchybienia i wyciek informacji ze śledztwa, dlatego zaczął
zatrudniać prywatnych detektywów. Walczył o życie swojego syna.
Był osamotniony. Narażony na niebezpieczeństwo. Traktowany jak
oszołom. Swoimi kanałami rozpoznałem sprawę. Podczas obecnego
procesu sądowego wychodzi, że całkiem trafne były niektóre moje
ustalenia. Kilkakrotnie spotykałem się z Włodzimierzem Olewnikiem,
dzieliłem się z nim pozyskaną wiedzą. Pierwsze tezy były trafne,
ale następne nie. Celowo nakręcono i mnie na wątek
samouprowadzenia. Moje pierwotne ustalenia wskazywały, że w
porwanie są zamieszani ludzie z grupy nowodworskiej. Zakładałem,
że mogą być zamieszani w to sąsiedzi, co twierdził sam
Włodzimierz Olewnik. Przyglądałem się sprawie dziwnej kradzieży
policyjnej Nubiry z aktami sprawy porwania Krzysztofa dokonanej w
biały dzień w centrum Warszawy.
Co
było w tym złego, że naraził się pan tak bardzo?
W
warszawskiej grupie CBŚ KGP był Miosław G., o czym nie wiedziałem.
Z uwagi na wieloletnią znajomość z nim podzieliłem się całą
swoją wiedzą na temat porwania. Wątpliwościami. On sporządził
notatkę służbową z naszej rozmowy i przekazał szefowi grupy
Grzegorzowi K., sugerując, że należałoby wykorzystać moja
wiedzę, by mieć swojego człowieka na mieście. Do tej trudnej
sprawy. Stało się jednak inaczej. Tak, jakby komuś moja wiedza i
pomoc nie były na rękę. Zaczęły się moje problemy. Założono
podsłuchy u mnie, Mirosławowi G. i Dziewulskiemu. Aby uzyskać na
nie zgodę podano w uzasadnieniu, że jestem podejrzewany o udział w
porwaniu, skoro mam taką wiedzę. W czasie tego
dziewięciomiesięcznego podsłuchu właśnie usłyszano o tych
nieszczęsnych tablicach rejestracyjnych i ustalaniu adresów lokali,
powiązanych z politykami, znanymi prawnikami i ludźmi biznesu. To
nie miało nic wspólnego ze sprawą Olewnika. Może i dano by mi
ostatecznie spokój. Ale kiedy po kolejnej interwencji Włodzimierza
Olewnika w sprawie porwania syna, wkroczył do sprawy prokurator
krajowy Janusz Kaczmarek, wyciągnęli na nowo moją osobę. Tak,
jakby komuś zależało na zamotaniu śledztwa. Do tego stałem się
łakomym kąskiem, który można wykorzystać medialnie. Oto człowiek
związany z porwaniem. Do tego prywatny detektyw.
Następuje
zatrzymanie przez grupę antyterrorystów, co pokazały wszystkie
telewizyjne programy informacyjne.
Pluton
AT łamie mi żebra. Do akcji użyto psów tropiących zwłoki, bo
ktoś zakładał, że ukryłem w piwnicy ciało ofiary porwania.
Dwadzieścia osób wchodzi mi na 45 metrów kwadratowych mieszkania.
Rewidują także mieszkanie rodziców. Wożą mnie w czarnym kapturze
na głowie, jak terrorystę. Przykuwają mnie do ziemi rękoma.
Przygotowano wcześniej komunikaty prasowe. W mediach mówiono, że
przekazywałem informacje mafii, korumpowałem policjantów, że
miałem nielegalnie granaty i broń. Tymczasem miałem atrapy
granatów. W telewizji pokazano kilkanaście granatów, tłumiki,
choć nie u mnie je znaleziono. Była to inscenizacja, na którą
nabrano media.
Sąd
jednak zastosował wobec pana areszt?
Byłem
bez szans. W takiej sprawie, tak przedstawionej medialnie, nikt nie
będzie z sędziów wchodził w detale i wgłębiał się w akta
sprawy. Spędziłem tam prawie dziesięć miesięcy. Kogo dzisiaj
interesuje co było prawdą? W sądzie mam sprawę, gdzie postawiono
mu 27 zarzutów.
A
tak naprawdę chodzi o to samo. Nakłanianie do ujawnienia tajemnicy
służbowej w postaci pozyskania informacji np. ustalenia rejestracji
samochodu, adresu takiego i takiego. Jednak lepiej brzmi ponad
dwadzieścia zarzutów. Więc za to tyle siedziałem. A nie za
związki z mafią, porwaniem Krzysztofa Olewnika, jak to
przedstawiono w mediach.
Nadal
zajmuje się pan działalnością detektywistyczną?
Czasami
doradzam, konsultuję. W świetle polskiego prawa, braku zrozumienia
realiów pracy detektywa uważam, że nie warto nim być, bo
cokolwiek będziesz robił zawsze się narazisz na konflikt z prawem.
Może czas zakończyć i zlikwidować zawód
detektywa?