Sprawa Grafa miała być hakiem na SLD?

gazetafinansowa.pl - 2007-11-16

Nadszedł czas weryfikacji tych szumnych medialnych zapowiedzi, a one niestety nie wypadają dobrze dla wymiaru sprawiedliwości. Do sądu 6 czerwca 2007 r. trafił akt oskarżenia przeciwko Januszowi G., pseudonim Graf, zarzucający mu kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Zaskakująco, prokuratura postanowiła nie usadzać na jednej ławie wszystkich oskarżonych, by w jednym procesie osądzić jedną z ważniejszych grup przestępczych. Sprawę rozbito na kilka wątków. Jak twierdzą prawnicy świadczy to o słabości zebranego materiału dowodowego. Czyżby prokuratorzy obawiali się konfrontacji ze sobą wszystkich świadków i oskarżonych? Powstały oddzielne sprawy: Janusza G., Marii B., Piotra A., Mirosława Ł., Mariusza P. i innych. Dopiero sąd połączył kilka spraw w jedną. Miały być nazwiska z pierwszych stron gazet, znani politycy. Tymczasem pod sąd trafiły nikomu nic niemówiące postacie.
Szukano haków na SLD
– To miała być wielka sprawa polityczna – mówi jeden z funkcjonariuszy warszawskiego CBŚ. Zatrzymanego 22 grudnia 2005 r. Janusza G. śledczy cały czas pytali o to samo, mamiąc go wpierw instytucją świadka koronnego, a później, gdy znalazł się w kręgu podejrzeń zlecenia zabójstwa Głowali, złagodzeniem kary.
Posunięto się do wyrafinowanej gry operacyjnej, która miała wywołać reakcje w kręgu ludzi związanych z Grafem. Jeden z obrońców Janusza G., którego prokuratura trzymała w kleszczach szantażu wytoczenia mu sprawy za wyłudzenie od klienta pieniędzy, złożył oświadczenie, że Janusz G., jest gotowy złożyć obszerne zeznania. Wkrótce na tzw. mieście pojawiła się informacja, że Graf poszedł na współpracę. Wywołało to nerwowość, ale nie taką, na jaką liczyli śledczy. Kiedy doszło do przesłuchania Janusza G., ten odmówił składania zeznań i zmienił adwokata.
Jak się udało ustalić przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości głównie interesowały zeznania obciążające polityków SLD i ludzi z tzw. układu mostowego, związanego z Platformą Obywatelską. Pytano Grafa o Pawła Piskorskiego, Józefa Oleksego, Wiesława Kaczmarka, Jolantę Kwaśniewską, o znajomości z politykami lewicy Janusza Lazarowicza. Poruszano sprawę tajemniczej „walizki pieniędzy”, którą kiedyś niby to miano przekazać na kampanię SLD. Mniejszym zainteresowaniem cieszyła się za to kwestia znajomości Janusza Lazarowicza z Grzegorzem Wieczerzakiem i ówczesnym prominentnym politykiem PIS-u.
Związki Wieczerzaka z Grafem?
Nie starano się zweryfikować informacji przekazanych przez Jarosława M., który zeznał w śledztwie: „Nazwisko Lazarowicz nic mi nie mówi. Ja miałem kontakty z Wieczerzakiem od PZU, bo w tym samym okresie siedzieliśmy w areszcie. On mi opowiadał o różnych rzeczach, dotyczyło to problemów zarabiania pieniędzy na inwestycjach kapitałowych. Zwierzył mi się, że swoje pieniądze trzyma na Litwie lub Łotwie, teraz już nie pamiętam. Mówił, że nikt mu tych pieniędzy nie wyrwie. Zaprzeczył, aby trzymał w Szwajcarii pieniądze, ale powiedział, że w krajach bałtyckich jest pewniej. (…) On miał wspólnika, którego poznałem, był on byłym oficerem policji lub UOP. Na imię miał Roman. Ten oficer był poszukiwany do sprawy zabójstwa Głowali. Ja tego byłego policjanta zatrudniałem dla siebie do ustaleń informacji z ewidencji PESEL i z rejestrów przedsiębiorstw. On mi też opowiadał o Wieczerzaku. Powiedział mi pewnego razu, że Wieczerzak chodził do Grafa, aby ten mu odebrał pieniądze od kogoś. Nie wiem, czy Graf skutecznie zadziałał dla Wieczerzaka”.
Przypomnijmy, Piotr Głowala, w imieniu Grzegorza Wieczerzaka, próbował wyegzekwować pieniądze od byłego prezesa XIV NFI Janusza Lazarowicza. W nagraniu rozmowy telefonicznej, jaką prowadzili, jest fragment, w którym Lazarowicz mówi do Głowali: „Pan sobie kopie grób”. Wkrótce potem w okolicach Góry Kalwarii znaleziono skatowane ciało Piotra Głowali. Obecnie Janusz Lazarowicz jest ścigany europejskim nakazem aresztowania i tak jak nad Januszem G. ciąży nad nim zarzut podżegania do zabójstwa. Jak wynika z zeznań Jarosława M. Graf miał mieć także dobre kontaktz z Grzegorzem Wieczerzakiem, a nie tylko z Januszem Lazarowiczem. Wydaje się rzeczą naturalną, że powinny być dokładnie wyjaśnione relacje między wszystkimi osobami występującymi w tej sprawie, by dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodziło w konflikcie między nimi?
Ostatnio sprawa Grafa miała posłużyć do kolejnej rozgrywki politycznej, tym razem przeciwko byłemu szefowi MSWiA Januszowi Kaczmarkowi. Próbowano wykorzystać zbieżność nazwisk Wiesława i Janusza Kaczmarka. Jak ustaliłem z Piotrem Pytlakowskim („Polityka”) szukano potwierdzenia udziału Janusza Kaczmarka w ośmiornicy warszawskiej. Pojawiły się pogłoski o wspólnym spotkaniu trzech Januszów – Grafa, Lazarowicza i Kaczmarka. Miało się ono odbyć w apartamencie w Babaka Tower, przy ulicy Jana Pawła II. Jeden ze świadków koronnych miał złożyć zeznanie, że słyszał na mieście o takim spotkaniu. Kolejny świadek oskarżenia Adam J,. pseudonim Młody, wspomina: „Byłem przy rozmowach, które świadczą, że ich przełożenia sięgają prokuratury apelacyjnej i krajowej.”
Wszystko wskazuje jednak, że jeśli w ogóle doszło do spotkania Grafa i Lazarowicza z Kaczmarkiem, mógł być to nie Janusz a Wiesław, minister w rządzie Leszka Millera, który miał kontakty z byłym prezesem XIV NFI. Sam Lazarowicz wspomina o trzech spotkaniach, zaznaczając, że miały raczej przypadkowy charakter.
Dokumenty na SLD
O udziale polityków w przestępczym procederze Janusza G. mówili w sprawie Adam J. i Tomasz S., z czego ten drugi wspominał to, co powiedział mu ten pierwszy. Obaj mieli otrzymać status świadka koronnego. Jeśli w stosunku do Adama J. śledczy szybko zrozumieli, że jego wiarygodność nie jest najwyższa i pozwolili mu co najwyżej skorzystać z prawa do złagodzenia kary, to przypadek. Tomasz S. jest uznawany przez niektórych moich rozmówców jako danie przykładu, by nie mówić w śledztwie więcej niż potrzeba. Przebywając w areszcie, poczuł się oszukany przez przedstawicieli prawa, próbował się kontaktować z mediami, m.in. za pośrednictwem byłego policjanta, obecnie prywatnego detektywa z Trójmiasta Rafała R., o którym będzie później mowa. Szybko jednak został uciszony. Po mojej i Piotra Pytlakowskiego wizycie w domu rodziców Tomasza S., w czasie realizacji programu Konfrontacja (TVP2), kilka dni później zadzwonił do nich spanikowany syn z żądaniem, aby już nie rozmawiali o sprawie z mediami. Do dzisiaj nikt z prokuratury nie jest w stanie odpowiedzieć, w jaki sposób osoba aresztowana mogła wykonać telefon?
Adam J., pseudonim Małolat, jak sam mówi o sobie „zawodowy oszust”, który żył także z uwodzenia starszych kobiet, rzuca wieloma znanymi nazwiskami polityków. Wspomina m.in. o Januszu Maksymiuku, który potem jednak okazuje się być nie tym, o kogo mu chodziło, czyli byłym posłem samoobrony na Sejm.
O drugim ważnym świadku w sprawie Grafa, Tomaszu S., świadek koronny pseudonim Masa mówi: „pracował dla grupy pruszkowskiej dla Szlacheta w latach 1998-1999. Zajmował się tym, że miał znajomości w samorządach. (…) Załatwiał grunty w samorządach, a później je sprzedawał.” Obecnie według Adama J. związany jest z jedną z najmocniejszych rosyjskojęzycznych grup przestępczych w Warszawie.
Jak wynika z zeznań Tomasza S. nie był osobą unikającą składania zeznań, dlatego ze zdziwieniem można zapytać, dlaczego sięgają tylko pewnego obszaru jego przestępczej rzeczywistości? Jeśli chodzi o wątek powiązań polityków ze światem przestępczym Tomasz S., oczywiście znowu pada tylko jedna opcja polityczna – SLD, zeznaje jedynie to, co usłyszał od Adama J. Ten miał mu mówić o jakichś dokumentach z kancelarii J. „Dokumenty miały dotyczyć gwarancji bankowych, z których poszły pieniądze na kampanię wyborczą Kwaśniewskiego. Ponadto miał mieć z tej kancelarii jakieś różne papiery. Z tego co mówił Jaczewski dużo osób było zainteresowanych tymi gwarancjami bankowymi aby, mieć haka na SLD (…) Miasto, czyli ludzie z Warszawy, byli zainteresowani wykupieniem tych dokumentów za duże pieniądze. Zainteresowani byli tym politycy z SLD. Wiem, że Rafał R. spotkał się z Adamem J. w sprawie wykupu tych dokumentów od Jaczewskiego.”
Pytany o tamte wydarzenia Rafał R. potwierdza, że kontaktował się z Adamem J. w sprawie materiałów z kancelarii doradztwa podatkowego Vislex, prowadzonej przez Tomasza J. Według niego chętnym na zakupienie ich był też jeden z szefów prywatnej telewizji, który miał mieć wówczas konflikt z SLD. Na stronie także miał się dogadywać z jednym z potężniejszych biznesmenów z Gdyni. Kto dałby więcej, ten by uzyskał dokumenty z kancelarii Vislex. Adam J. twierdzi, że Rafał R. oferował mu za nie 4 mln złotych.
Adam J. zaraz po opuszczeniu aresztu skontaktował się z Piotrem Pytlakowskim oraz ze mną i rozżalony mówił: „Lazarowicz to jest tak potężny człowiek, z powiązaniami z SLD, że nie jest sobie pan w stanie wyobrazić. Ja woziłem pana Lazarowicza i Grafa na spotkania, na Powiśle do siedziby SLD. Zeznałem to na papierze. Dlaczego te wątki nie zostały ruszone?” Przyznał, że wyniósł z kancelarii J. dokumenty i taśmy wideo z zarejestrowanymi biznesmenami i politykami. Zapewniał, że dwie z nich otrzymamy do wglądu. Jednak minął miesiąc i taśm oraz ich niby-posiadacza już więcej nie zobaczyliśmy. Przestał także odpowiadać na telefony.
Grafa chroniły służby
Rozmówca z Prokuratury Krajowej wspomina, że w tej sprawie, zaraz po jakimś przełomie, gdy sprawy nabierały tempa, wątki wydawały się prowadzić do konkretnego celu, nagle ktoś włączał hamulce. Wykonywać zaczęto pozorne działania. Zamiast protokołów przesłuchań sporządzano najpierw notatki. Może gdyby padały tylko nazwiska z lewej strony śledztwo toczyłoby się wartko, ale pieniądz nie zna koloru partyjnego i pojawiały się osoby związane także z rządzącą partią i koalicjantami. Przy tym ślady prowadziły także do wysoko postawionych funkcjonariuszy policji i wymiaru sprawiedliwości.
Adam J. mówi wprost o wpływach Grafa w wymiarze sprawiedliwości: „Dzięki komu Graf przez dwanaście lat bycia na ulicy nawet nie był przesłuchany? Ma takie kontakty z policją i służbami, że wiedział, że przyjdzie do niego na rewizję terror kryminalny. Była 6.30, a on już siedział ubrany w dresach, popijał herbatę, bo wiedział, że za chwilę do niego wjadą”.
Janusz Graf wyciąga pistolet. Pytam, czy nie boi się, że go zatrzymano do kontroli. A on, patrz. Wyciąga pozwolenie na broń. Jasiu, nie żartuj sobie – mówię. Miał dwie jednostki broni. Jednego Waltera P99, takiego jakie posiadają policjanci. Wersja oryginalna, nie robiona w Polsce tylko w Austrii. Dostał go w prezencie od pana Lazarowicza. Drugi miał bębenkowy, małokalibrowy, chyba 7,65. „Ty dostałeś pozwolenie na broń?”. „Adam, pozwolenie na broń to jest nic.”
W zezwoleniu Grafowi pośredniczył emerytowany oficer wojska polskiego – major Jerzy K. z sekcji strzeleckiej CWKS Legia. Ostatecznie zezwolenie miało być podpisane z upoważnienia byłego komendanta stołecznej policji gen. Ryszarda Siewierskiego. O dwuznacznej roli Siewierskiego w tej sprawie miał bezskutecznie mówić ówczesnemu komendantowi głównemu policji gen. Antoniemu Kowalczykowi prywatny detektyw Marcin Popowski, który między innymi tym tłumaczy swoje późniejsze problemy z wymiarem sprawiedliwości. Aresztowanie, a dzisiaj proces odbierania mu właśnie prawa do posiadania broni.
W protokołach przesłuchań Adama J. trudno znaleźć jednak najwyższe policyjne szarże generalskie, choć i to, co zeznaje, daje do myślenia: „Wiem z bezpośredniej rozmowy, w której brałem udział, iż sam Graf skorumpował policjanta wysokiej rangi z Centralnego Biura Śledczego w Warszawie, zajmującego się kierowaniem wydziałem do przestępstw gospodarczych i finansowych.” Oficer ten miał charakterystyczne długie włosy spięte w kitkę, stąd Graf miał na niego mówić Kitka. Po tej zasłyszanej przez niego rozmowie Graf miał mu powiedzieć, że „będzie musiał Kitce dać 120-150 tysięcy złotych i że będzie musiał odjebać dwóch psów, chodziło o policjantów prowadzących sprawę paliwową oraz prokuratora prowadzącego sprawę, że nie ma wyjścia, bo jego człowiek w CBŚ nie może zapanować nad tymi psami i prokuratorem.”
Małolat twierdzi także, że posiada „wiedzę na temat policjanta z Komendy Stołecznej Policji ps. Franc. Jest on funkcjonariuszem wydziału realizacji i obserwacji”. Tenże miał sprawdzać dla nich samochody i osoby, którymi interesowała się policja. Innym funkcjonariuszem, który miał być powiązanym z grupą Grafa, był oficer CBŚ z „Okrzei o imieniu Maciej. Wiem, że wcześniej jeździł samochodem m-ki Omega B, kol. Wiśniowego, który sprowadził sobie z Holandii, przy czym Piotr A. pomagał mu przy robieniu rejestracji i przeglądu technicznego. Maciek to „uszy i oczy” Starego, tzn. Grafa”.
Dwa lata temu dotarłem z Piotrem Pytlakowskim do rozpaczliwego pisma policjantów kierowanego do ministra sprawiedliwości, którzy wprost pisali, że ich szefowie hamują śledztwo. Wspomnieli o ich przestępczych powiązaniach. O tym, że ścigani przez nich ludzie, są uprzedzani o działaniach wymierzonych przeciwko nim. Jak powiedział nam wówczas Prokurator Krajowy Janusz Kaczmarek, potwierdzający fakt istnienia takiego listu, dla jednych były to zarzuty uczciwych policjantów, dla drugich pieniaczy. Jak widać z perspektywy czasu, po dwóch latach, zwyciężył drugi pogląd. Do dnia dzisiejszego żaden wysokiej rangi policjant, prokurator nie został postawiony w stan oskarżenia w związku ze sprawą Grafa.
Czyżby to właśnie upolitycznienie sprawy w jednym kierunku doprowadziło do tego, że ta jedna z głośniejszych afer skarlała do obecnych rozmiarów? Gdzie jedyną znaną postacią jest tylko Janusz G., pseudonim Graf, bo reszta to płotki, pływające w morzu prawdziwych przestępczych interesów.

W następnym numerze Gazety Finansowej ujawnimy kulisy afery w Ministerstwie Finansów. Napiszemy o tajemniczej kancelarii Vislex, w której krzyżować się miały drogi Grafa i Rudolfa Skowrońskiego. Co tak naprawdę wyniósł z kancelarii Adam J. pseudonim Małolat.

 

Sylwester Latkowski

Źródło: http://www.gazetafinansowa.pl/?d=wydarzenia&id=1422

Wróć