Krzysztof
Rutkowski, który został aresztowany pod domniemanym zarzutem
działania w mafii paliwowej, mówi wprost, że on, tak jak wielu
jego kolegów po fachu, chciałby mieć uprawnienia czyniące z biura
detektywistycznego prywatną policję. Dlatego prywatni detektywi nie
tylko wdziewają mundury przypominające brygady antyterrorystyczne
lub policyjne, ale zachowują się jakby naprawdę byli
funkcjonariuszami policji.
Schronienie
dla esbeków?
Piotr
Niemczyk, wspólnik firmy, w której zakresie działalności znajdują
się także usługi detektywistyczne, przyznaje, że na początku
trafiali do branży byli funkcjonariusze SB i milicji obywatelskiej.
Od
początku założono, że firmy ochroniarskie i detektywistyczne będą
jedną z dróg ucieczki dla tysięcy byłych funkcjonariuszy MSW i
Służby Bezpieczeństwa. Pomysł ich istnienia narodził się w
atmosferze, którą dobrze opisał Krzysztof Dubiński, doradca gen.
Kiszczaka, sekretarz Okrągłego Stołu: „Rozwiązanie SB (...),
procedura weryfikacyjna i tworzenie Urzędu Ochrony Państwa,
otworzyło kilkutygodniowy okres całkowitej dezintegracji służb
specjalnych. Na plan odległy zszedł interes państwa, rozpadły się
wszelkie mechanizmy solidarności grupowej. W gmachu przy ul.
Rakowieckiej nastąpiło całkowite rozprzężenie dyscypliny i
poczucia obowiązku. Jedyna zasada jaka wówczas obowiązywała, to
zasada: ratuj się kto może.”
Sytuacja
prawna była nieunormowana. Wystarczyło założyć działalność
gospodarczą, zapłacić 900 złotych i uzyskiwało się koncesję.
Andrzej Zybertowicz w pracy „Służby specjalne i układ
postkomunistyczny” pisze: „Ustawa z 23 grudnia ‘88 o
działalności gospodarczej, będąca jedynym aktem prawnym
dopuszczającym prowadzenie tego typu firm, wskazywała jedynie, kto
jest władny wydawać koncesje. Nie przewidziano jednak kontroli nad
tego typu działalnością. Dopuszczono tym samym kilka tysięcy firm
do niekontrolowanej działalności w sferze bezpieczeństwa
publicznego.”
Jak
zostać detektywem?
Z
czasem postanowiono ten dziki rynek prawnie unormować. W 2001 r.
uchwalono ustawę, która podała warunki wykonywania działalność
w zakresie usług detektywistycznych. Należy posiadać licencję,
którą wydaje komendant wojewódzki. Nie można być wpisanym do
rejestru dłużników niewypłacalnych Krajowego Rejestru Sądowego,
ani być karanym. Obowiązkowo należy zawrzeć umowę
ubezpieczeniową i wpłacić 616 złotych opłaty skarbowej,
składając wniosek o wpis do rejestracji usług detektywistycznych
do MSWiA. W ten sposób zostaje się prywatnym detektywem.
Były
policjant, który wstąpił do służby po 1989 r., obecnie zajmujący
się działalnością detektywistyczną, nie ma najlepszego zdania o
ustawie o usługach detektywistycznych:
–
Napisano ją pod policjantów i byłych funkcjonariuszy służb.
Sfrustrowani, niewykształceni, ale posiadający kontakty wśród
służb i świata przestępczego. Często mają doświadczenie
operacyjne oficerów SB, którzy nie przeszli weryfikacji z 89 i 94
r., a później nie potrafili się odnaleźć w strukturach policji.
Nie znają prawa, nie mają zaplecza cywilnego, nie potrafią
prowadzić działalności gospodarczej. Łamią przepisy. Przemoc,
przekupstwo, podsłuchy. Bo tylko to potrafią. Nie potrafią napisać
umowy, zarejestrować zlecenia.
Ustawodawca
założył, że oficerowie policji, wojska, UOP późniejszego ABW
mają znaczną wiedzę zawodową oraz z zakresu prawa i egzamin na
licencje prywatnego detektywa jest dla nich łatwiejszy, zostają
zwolnieni z najtrudniejszego, wielopunktowego testu. Były oficer
musi zapamiętać wyłącznie odpowiedzi na kilka powtarzających się
pytań ogólnych aby otrzymać ilość punktów niezbędną do zdania
tej części egzaminu.
Brak
prawdziwej selekcji, jak to dzieje się w przypadku kandydata na
adwokata lub radcę prawnego, musi rzutować na pracę niektórych
agencji detektywistycznych, kładąc cień na całe zawodowe
środowisko. – Kilka razy zdarzyło się, że w imieniu moich
klientów dawałem zaliczki, a później efekt zapłaconych z góry
działań był poniżej krytyki – wspomina Piotr Niemczyk. –
Miałem trzy takie wpadki. Jedna ze strony byłego oficera SB, druga
byłego milicjanta. Trzeci raz przez renomowaną firmę, która
zamiast uczciwego wykonania zlecenia, dokonała zwykłego
szalbierstwa – dodaje.
Wraz
z upływem czasu, naturalną wymianą pokoleń, byli funkcjonariusze
milicji obywatelskiej i służb PRL wypierani są przez policjantów
lub dzisiejszych funkcjonariuszy służb specjalnych. Instytucja
prywatnego detektywa to dla wielu z nich furtka na dalsze zawodowe
istnienie, gdy opuszczą swoje dotychczasowe miejsce pracy.
–
Prawda, że są to zazwyczaj osoby, którym się nie udało w służbie
– mówi rozmówca z MSWiA, który nie chce podać swojej
tożsamości. Być może sam kiedyś będzie musiał szukać pracy. –
Czymś przecież muszą się zająć ludzie, kiedy odchodzą ze
służby. Mają wiedzę, nierzadko tajną, kontakty. Lepiej, że
założą agencję niż mieliby zacząć przestępczą działalność.
Być
może z takiego myślenia bierze się czasami parasol ochronny wśród
byłych kolegów z policji, służb specjalnych, wojska i MSWiA,
tolerujący i przyzwalający na to, co np. w USA, Niemczech nie
byłoby do pomyślenia. Takie sceny jak w TVN-owskim serialu
„Detektyw”, z udziałem Krzysztofa Rutkowskiego, mogliśmy tylko
obejrzeć w Polsce.
Rutkowski
to nie Philip Marlow
W
Polsce jest zarejestrowanych 259 prywatnych detektywów. Rocznie
przybywa około 50 licencjonowanych detektywów. W latach 2004 –
2007 z rejestru wykreślono zaledwie 22 przedsiębiorców zajmujących
się tą specjalizacją. Liczących się detektywów, zajmujących
się głównie tą działalnością, nie jest wielu. Wymienić można
w kolejności alfabetycznej z Warszawy: Czesław Boniecki, Mariusz
Gregorczyk, Michał Rapacki, Jarosław Rangotis, Wiesław
Modrakowski, Andrzej Mikstal, w Łodzi: Waldemar Czerwiński, z
Poznania: Bogdan Nadolny, Maciej Szuba, z Sopotu: Rafał Rutkowski, z
Katowic: Tomasz Zborowski, Krakowa: Aleksander Wojciechowicz, Płocka:
Joanna Grączewska, Mirosław Miernik, a z Wrocławia: Alicja
Słowińska.
Jeszcze
niedawno na najpotężniejszego detektywa w Polsce wyrastał generał
Adam Rapacki, który po objęciu teki wiceministra MSWiA, musiał
jednak odsprzedać udziały w swojej firmie detektywistycznej. Dwie
inne osoby Marcin Popowski (Warszawa) i Krzysztof Rutkowski (Łódź),
dotąd osoby wymieniane w czołówce prywatnych detektywów,
przynajmniej teoretycznie, do czasu wyjaśnienia swoich spraw nie
zajmują się dotychczasową działalnością. Pierwszy zajmuje się
doradztwem detektywistycznym, drugi działa poprzez swoją byłą
żonę.
Polscy
prywatni detektywi pracują zazwyczaj pojedynczo lub w kilkuosobowych
zespołach. Ich siedziby mieszczą się w ciasnych biurach, panuje
tam atmosfera mająca klimat z powieści Chandlera. Niestety, poza
cynicznym poczuciem humoru i skłonnością do nadużywania alkoholu
sami są mało podobni do Philipa Marlowe, który w świecie zła,
pomimo wad, starał się dowieść sprawiedliwości.
Piotr
Pytlakowski („Polityka”) wielokrotnie opisujący świat polskich
detektywów twierdzi, że jest to „środowisko skłócone, bo trwa
ostra walka konkurencyjna. Rynek jest płytki, żeby przetrwać
należy konkurenta osłabić. Na przykład donieść gdzie trzeba, że
kolega zajmuje się szwindlami. Łamią prawo, bo inaczej nawet pies
z kulawą nogą nie zamówiłby u nich usługi.”
Dochodzi
do takich wynaturzeń, jak postępowanie detektywa Krzysztofa
Rutkowskiego w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika. Przypomnijmy,
syn Włodzimierza Olewnika został uprowadzony w nocy 27 października
2001 r. Przez trzy lata porywacze przetrzymywali Krzysztofa w piwnicy
i szambie, krępując go krowimi łańcuchami. Po wzięciu okupu (24
lipca 2003 r.) dwa miesiące później udusili swoją ofiarę, a
zwłoki zakopali. Rodzina Olewników postanowiła zwrócić się o
pomoc do najsłynniejszego prywatnego detektywa, który co tydzień
na ekranach telewizorów pokazywał, jak wymierza sprawiedliwość.
Ten potraktował ich jednak jak przysłowiowego jelenia do skrojenia.
Przez niego stracili ponad milion złotych, nic w zamian nie
uzyskując. Krzysztof Rutkowski na swoje usprawiedliwienie, dopóki
nie odnaleziono ciała Krzysztofa, powielał wersję o
samouprowadzeniu.
Rutkowski
pojawia się także w innych sprawach: w ośmiornicy warszawskiej i w
aferze paliwowej. Czy bycie znanym prywatnym detektywem, gwiazdą
mediów, pozwalało mu tuszować bezprawne działania? Jeden z
szanowanych prywatnych detektywów Michał Rapacki, w Dużym Formacie
„Gazety Wyborczej” ostro go krytykuje: – Rutkowski nie jest
detektywem! To showman i pies na pieniądze. Prokuratura wyjaśnia,
czy był do tego stopnia zachłanny, że zaprzedał się gangsterom.
Już dawno powinien mieć postępowania karne za to, jak traktuje
ludzi. Kopniakami wymuszał przyznanie się do rzekomej winy, znęcał
się nad swoimi ofiarami, powalał na ziemię, przystawiał broń do
głowy. Detektyw to nie szeryf na Dzikim Zachodzie, jego też
obowiązuje prawo.
Ludzie
byli zachwyceni. Mówili, że Rutkowski jest lepszy niż policja.
Tyle że on często przypisywał sobie sukcesy policji. Zdarza się,
że jego byli klienci przychodzą do mnie „do poprawki”.
Odprawiam ich z kwitkiem. Nie będę sprzątał po Rutkowskim.
Sam
bohater programu „Detektyw” nie zamierza zejść z pierwszego
planu. Planuje w Łodzi założyć szkołę i uczyć fachu
pracowników firm detektywistycznych. Przymierza się także do
nakręcenia filmu fabularnego o swoich losach i pracy detektywa.
Na
celowniku polityków
W
czasie nocnej rozmowy Janusza Kaczmarka przed jego zatrzymaniem,
przeprowadzonej przeze mnie i Piotra Pytlakowskiego, poznaliśmy
kulisy domniemanego spisku, którego bohaterami mieli być prywatni
detektywi. Opisaliśmy tę historię w tygodniku „Polityka”.
Według Janusza Kaczmarka, jesienią 2006 r. do resortu
sprawiedliwości dotarła wieść, że ktoś miał szukać materiałów
dyskredytujących ministra Zbigniewa Ziobrę oraz jego osobę,
ówczesnego prokuratora krajowego. Dotarła do nich informacja, że
detektyw Rafał Rutkowski, z Sopotu, ma jakieś kwity, których
ujawnienie może zaszkodzić ministrowi. Prawie w tym samym czasie
inny detektyw, Jerzy Godlewski z Zielonej Góry, chciał ostrzec
Ziobrę przed prowokacją rzekomo szykowaną przez innego detektywa
Krzysztofa Rutkowskiego. Janusz Kaczmarek mówił nam w słynną już
noc poprzedzającą jego zatrzymanie: – Ziobro miał przekonanie,
że Godlewski chce go zniszczyć. Kiedyś Marzec (były szef CBŚ –
przyp. aut.) powiedział mi, że rozmawiał z ministrem Ziobro i
Święczkowskim i powiedział im, że Godlewski to jest agent
agentów. Oni to chwycili, że on ma jakieś tam specjalne satelity,
specjalne kamery. Nie mogą go rozpracować, bo jego dom to wielka
twierdza. Ziobro stwierdził, że jego, czyli proroka południa
bierze Święczkowski (były szef ABW – przyp. aut.), proroka
północy, czyli mnie, bierze Marzec. Chodziło o działania
osłonowe.
Rozpracowywanie
detektywa Rafała Rutkowskiego doprowadziło prawdopodobnie do
inwigilacji dziennikarzy, z którymi ten się kontaktował (Wojciech
Czuchnowski, Bertold Kittel, Piotr Pytlakowski i Sylwester Latkowski
– przyp. od aut.). Rutkowski sam miał zapłacić wysoką cenę za
zainteresowanie swoją osobą polityków. Wielomiesięczne życie na
podsłuchu, kontrole izb skarbowych. Nie służyło to rozwojowi jego
firmy. Skutki utraty części klientów odczuwa do dzisiaj.
Wszystko
wskazuje na to, że obaj prywatni detektywi staną się bohaterami
sejmowej komisji śledczej, pokazując, że detektyw w Polsce nie
tylko zajmuje się śledzeniem niewiernych małżonków.
Na
usługach policji i służb
–
Nie ma mowy o istnieniu prywatnego detektywa bez współpracy z
policją lub służbami specjalnymi – zapewnia rozmówca z MSWiA. –
To czasami patologiczny związek, o czym powinni pamiętać jego
klienci. Często może być po prostu sprzedany.
Wzajemne
świadczenie sobie usług jest regułą współpracy detektywa z
policją lub służbami specjalnymi. Czasami to detektywi realizują
zadania, których służby specjalne nie mogą wykonać bez łamania
prawa. Łatwo przekroczyć granicę, po której detektyw staje się
agentem. Jeden z detektywów w rozmowie nawet nie ukrywa bliskich
kontaktów z funkcjonariuszami CBŚ z ósmego piętra na Okrzei w
Warszawie. Zapiera się tylko, że nie jest agentem.
Przyszłość
to profesjonalizacja
–
Rynek usług detektywistycznych tak naprawdę nigdy w Polsce nie
powstał – twierdzi Piotr Niemczyk. Zlecenia detektywistyczne to
zaledwie 30 proc. działalności jego firmy. – Nie zajmujemy się
sprawami cywilnymi, a usługami dla biznesu. Pracujemy głównie dla
banków i instytucji finansowych.
Przyszłość
nie będzie lepsza, jeśli nie nastąpią zmiany i nie zostaną
wyeliminowani z rynku najsłabsi, którzy nigdy nie powinni się
znaleźć w tym fachu. Pojawienie się w branży takich osób, jak
niedawno generał Adam Rapacki, było tylko chwilową jaskółką
nadziei, sygnałem, że nadchodzi czas do profesjonalizacji usług
detektywistycznych, wyznaczaniu obcych dotąd standartów pracy.
Zmiana
rynku gospodarczego w Polsce rzutuje także na podział ryku
prywatnych detektywów.
–
To nie jest szczególnie interesujący rynek – mówi Piotr
Niemczyk. – Mało osób prywatnych stać na wynajmowanie detektywa,
naturalnym klientem wydają się być przedsiębiorstwa. Ale wielu
inwestorów przez całe lata nie korzystało z takich usług. Polskie
firmy właściwie z usług firm detektywistycznych nie korzystają.
Ludzie z licencją detektywistyczną są poszukiwani przez banki i
towarzystwa ubezpieczeniowe. Oni w swoich pionach potrzebują mieć
ludzi z licencją, by legalnie móc dochodzić swoich roszczeń i je
udokumentować.
Windykacja
to jest biznes
–
Aktualnie nastaje nowa fala detektywów „indykatorów”,
pracowników dużych i sieciowych firm egzekwujących należności –
twierdzi detektyw Rafał Rutkowski – Nie spełniają oni warunków
ustawy w kwestiach obowiązkowego ubezpieczenia. Rejestracji zleceń
nie muszą robić, bo ich formalnie nie wykonują, choć ustawa
przewiduje czas rozpoczęcia zawodu.
Obok
detektywów „windykatorów” dobrze sobie radzą, ale jest to
najmniejsza grupa, zaznacza Rafała Rutkowski.
–
Zawodowcy, posiadający znaczącą wiedzę fachową. Znający dobrze
rynek, wyspecjalizowani, posiadający zaplecze kadrowe, inwestujący
w sprzęt, szkolenia. Oni osiągają największe przychody, pracują
dla największych firm. Zazwyczaj specjalizują się w branżach
niszowych jak wywiad gospodarczy, wspomaganie PR i HR, obsługa biur
i rzeczników patentowych, ochrona własności intelektualnych –
dodaje.
Swoje
usługi świadczą dla dużych firm i korporacji, m.in. z zakresu
wykrywania kłamstw, grafologii, informatyki. Korzystają z
doświadczeń najlepszych kancelarii prawniczych. Unikają przy tym
rozgłosu. Dzielą się sukcesami z organami ścigania i
dziennikarzami śledczymi. Kilka nagród prasowych z zakresu
dziennikarstwa śledczego to tak naprawdę praca prywatnych
detektywów.
Na
marginesie tego rynku żyje najliczniejsza grupa detektywów
„amatorów”. Zajmują się najmniej wymagającymi zleceniami.
Obserwują niewiernych małżonków, są zatrudniani na etatach w
agencjach ochrony, firmach ubezpieczeniowych i hipermarketach.
Ogłaszają się w lokalnej prasie obok detektywów bez licencji i
windykatorów. Wiążą koniec z końcem. Idą na skróty. Zamiast
własnej pracy podkupują policjantów, pracowników ZUS i urzędów
skarbowych. Niestety coraz częściej wpadają i trafiają do
aresztu.
Stało
się tak między innymi z byłym rzecznikiem prasowym i członkiem
stowarzyszenia detektywów polskich Marcinem Popowskim, który
obecnie ma postawione zarzuty nakłaniania do ujawnienia informacji
niejawnych. Skłoniło go to do gorzkiej refleksji: – W świetle
polskiego prawa, braku zrozumienia realiów pracy detektywa, uważam,
że nie warto nim być, bo cokolwiek będziesz robił zawsze się
narazisz na konflikt z prawem. Może czas zakończyć i zlikwidować
zawód detektywa?
Sylwester Latkowski