Konkurencja w stylu wolnym

Polityka - nr 11 (2546) z dnia 2006-03-18; s. 4-12

Bianka Mikołajewska

Konkurencja w stylu wolnym

Ekonomiści nazywają ją motorem postępu. Przekonują, że to dzięki konkurencji klienci dostają coraz lepsze i tańsze produkty, że to jej zawdzięczają rosnący poziom usług. Bywa jednak, że wyścig o klienta przeradza się w otwartą wojnę. Przedsiębiorcy sięgają po metody jakby żywcem wzięte z esbeckich szkoleń i gangsterskich filmów. Konkurencja staje się przestępstwem, a bywa, że i zbrodnią.

Ostatni dzień roku szkolnego. Dla Ryszarda Malczyka początek wytężonej pracy. Wreszcie do ośrodka wypoczynkowego nad jeziorem w Borównie Wielkim zjadą wczasowicze, a w jego sklepiku na terenie ośrodka zacznie się handel. Wprawdzie to żaden wielki biznes – w dobrym sezonie od czerwca do sierpnia można wyciągnąć góra 30 tys. zł, w słabym – zaledwie trzecią część tego, ale prowadzący po sąsiedzku sklep Roman S. – były milicjant i skarszewski radny – i tego Malczykowi darować nie może. Początkowo tylko wypominał mu, że to on pierwszy otworzył biznes w Borównie. Potem zaczął uprzykrzać życie: a to odciął prąd, to znów napisał donos, nasłał jakąś kontrolę. Doszło nawet do rękoczynów.

Malczyk nie zamierzał jednak ustępować pola. Codziennie o świcie jeździł do hurtowni po nową dostawę towaru (wiadomo: klient raz czegoś nie dostanie – następnym razem pójdzie do konkurencji). Tego ranka pożyczył jednak samochód 17-letniej córce Marlenie. Miała nim pojechać po odbiór świadectwa szkolnego. Gdy wsiadła do auta, rozległ się potężny huk.

Policja ustaliła, że bombę pod Mercedesem Malczyków podłożono na zlecenie Romana S. Biznesmen postanowił w ten sposób pozbyć się konkurenta.

Hasło „wojna konkurencyjna” większości ludzi kojarzy się z działalnością wielkich koncernów: szpiegostwem gospodarczym, dumpingiem, czarnym PR, zmowami cenowymi i korupcją na najwyższych szczeblach władzy – gdy na przykład koncern farmaceutyczny przekupuje urzędnika ministerialnego, by wpisał produkowany przez niego specyfik na listę leków refundowanych. Tymczasem prawdziwe wojny toczą między sobą właściciele małych, rodzinnych firm – przekonuje oficer z Wydziału Przestępczości Gospodarczej Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Początkowo czerpią metody walki z puli tych stosowanych przez duże koncerny, dostosowując je do swoich możliwości i skali – czarny PR w mediach zastępuje kompromitująca plotka puszczona wśród klientów rywala, a korupcję na najwyższym szczeblu – danie w łapę urzędnikowi gminy za to, by w przetargu utrącił konkurencyjną ofertę. Jednak gdy zaczynają działać osobiste urazy (w koncernach rzadko dochodzą one do głosu), konflikt szybko narasta. Przedsiębiorcy sięgają po coraz ostrzejsze środki kojarzące się raczej z ustalaniem stref wpływów bossów narkotykowych albo mafijnymi porachunkami niż z rywalizacją handlarzy pietruszką.

Patentów na to, jak zaszkodzić konkurentowi, jest wiele.

Patent pierwszy: oczernić

Rynek usług porządkowych w Białymstoku i okolicznych miejscowościach podzieliły między sobą trzy lokalne firmy. Miejsca na dalszą ekspansję zrobiło się mało. Pozostało wzajemne odbijanie sobie klientów. – Problemy zaczęły się, gdy dostaliśmy zlecenia na usługi porządkowe w kilku spółdzielniach mieszkaniowych, w których wcześniej sprzątali konkurenci. Najpierw w lokalnych gazetach ukazała się seria artykułów o tym, że na obsługiwanych przez nas osiedlach panuje bałagan. Publikacje ilustrowane były zdjęciami pękających w szwach kontenerów, wokół których walały się śmieci. Tyle tylko, że te kontenery były zupełnie inne niż nasze. Podejrzewaliśmy, że za publikacjami stoją władze konkurencyjnej Astwy, ale w sądzie niczego nie udało się dowieść – mówi Leszek Mentel, właściciel firmy Czyścioch.

Wkrótce potem do władz spółdzielni, z którymi współpracował Czyścioch, zaczęły przychodzić skargi mieszkańców i żądania zmiany firmy sprzątającej. – Zarzuty były takie same jak w artykułach. Zarząd jednej ze spółdzielni poprosił podpisanych pod listami lokatorów o szczegóły. Okazało się jednak, że to nie oni pisali skargi – kontynuuje Mentel. Sprawa trafiła do prokuratury. A ta pierwsze kroki skierowała do konkurentów Czyściocha. Próby grafologiczne wykazały jednoznacznie: listy wyszły spod ręki Stanisława Łuniewskiego – prezesa Astwy – firmy wielokrotnie nagradzanej za „nieustająco rzetelne postępowanie w biznesie” w organizowanym przez Krajową Izbę Gospodarczą oraz Instytut Badań nad Gospodarką i Przedsiębiorstwem Prywatnym konkursie Przedsiębiorstwo Fair Play. – Na naszym rynku zachodzą szybkie zmiany. Firma, która jeszcze wczoraj świetnie się rozwijała, jutro może przechodzić kryzys i zmienić styl działania. Dlatego ci, którzy otrzymali tytuł Przedsiębiorstwo Fair Play, nie mogą mówić o sobie, że są Fair Play w ogóle, lecz tylko, że są lub byli Fair Play w danym roku – tłumaczy Paweł Zając, koordynator konkursu w województwie podlaskim. – Wielu uczestników takich konkursów do spraw etyki nie przywiązuje faktycznie żadnej wagi. Płacą za udział w nich, bo chcą umieścić tytuł na papierze firmowym – mówi prof. Wojciech Gasparski, szef Zespołu Etyki Życia Gospodarczego Instytutu Filozofii i Socjologii PAN.

Jesienią ubiegłego roku Łuniewski został prawomocnie skazany za podrobienie pism spółdzielców na 3,5 tys. zł grzywny. Władze Astwy twierdzą dziś jednak, że to Czyścioch postępował wobec nich nieuczciwie. Jego właściciele mieli rozpowszechniać wśród klientów Astwy informacje o jej rzekomym bankructwie i nakłaniać do zerwania umów z nią, oferując w zamian swoje usługi. Przedsiębiorcy znów spotykają się w sądzie.

Oczernienie rywala, podważenie zaufania jego klientów jest najprostszą metodą na wygryzienie go z rynku. Nic więc dziwnego, że właśnie tej metody przedsiębiorcy chwytają się najczęściej. Do moich kolegów po fachu coraz częściej zgłaszają się biznesmeni, którzy chcą szukać haków na konkurenta albo wręcz domagają się spreparowania jakichś materiałów obciążających go – mówi prywatny detektyw Marcin Popowski.

Łatwiej jednak po prostu puścić kompromitującą plotkę o rywalu. Do zainteresowanych docierają więc wciąż nowe rewelacje o tym, że z produktami danej firmy jest coś nie tak, że wkrótce ogłosi plajtę, że przejmuje ją inne przedsiębiorstwo... – W pierwszych latach działalności trawiliśmy długie godziny, dzwoniąc do naszych klientów i odkręcając to, co rozgłaszała o nas konkurencja. Dla firmy, która nie ma ugruntowanej pozycji na rynku, to, czy klienci dadzą wiarę plotce, może oznaczać być albo nie być. Dziś, po 17 latach funkcjonowania, reagujemy już tylko na najpoważniejsze oszczerstwa – mówi Krzysztof Fedorowicz, dyrektor handlowy BKF Tenzi, szczecińskiej firmy handlującej środkami czystości.

Nie brak jednak i oryginalniejszych pomysłów na to, jak popsuć opinię konkurencji. Firma przewozowa Lux Bus od kilkunastu lat wozi pasażerów na trasie Kraków–Wieliczka. Jakiś czas temu na tej samej trasie zaczęła kursować firma Contra Bus. A że bilety w Contrze były tańsze, szybko przejęła część klientów Luxa. Właściciele tej ostatniej firmy namalowali więc na jednym ze swych busów logo Contry i ustawili go na przystanku przy Dworcu Głównym w Krakowie. Gdy pasażerowie chcieli do niego wsiąść, kierowca mówił im, że samochód jest popsuty i nie odjedzie o wyznaczonej godzinie. Psiocząc na Contrę pasażerowie przesiadali się do stojącego nieopodal pojazdu Luxa.

Patent drugi: donieść

Skuteczniejszą od oczerniania metodą na uprzykrzenie życia konkurentowi są donosy do urzędów. Klient, jeśli ma zaufanie do przedsiębiorcy, zbagatelizuje krążące o nim plotki. – Urząd na doniesienie musi zareagować, zweryfikować każdą informację o nieprawidłowościach w działalności danej firmy – mówi Andrzej Kulmatycki, rzecznik Izby Skarbowej w Warszawie. Nawet wówczas, gdy, jak mówi Kulmatycki, „doniesienie wskazuje na złą wolę zawiadamiającego” i choćby wcześniejsze kontrole w tej firmie nic nie wykazały.

Biznesmeni informują więc o rzekomych nadużyciach popełnianych przez konkurentów, kogo się da: w pierwszym rzędzie oczywiście urzędy skarbowe, dalej – ZUS (że konkurent zatrudnia pracowników na czarno), Straż Graniczną (że zatrudnia imigrantów), sanepid (że w swoim barze serwuje kiełbaski brudnymi rękoma), a także Urząd Celny, Państwową Inspekcję Pracy, Państwową Inspekcję Handlową, UOKiK...

Podczas kontroli prowadzonych przez tyle instytucji jakieś uchybienia zawsze się znajdą. – Często kontrola nie potwierdza nieprawidłowości opisanych w skierowanym do urzędu zawiadomieniu, ale przy okazji znajdzie coś innego – przyznaje Kulmatycki.

Przedsiębiorca, który chce pogrążyć rywala, może dodatkowo zadbać o to, by kontrolerzy mieli się do czego przyczepić. Znam przypadki, kiedy biznesmeni specjalnie wprowadzali do konkurencji pracowników, którzy mieli zrobić bałagan w dokumentacji – mówi detektyw Popowski.

Ale nawet jeśli firma wszystkie papiery ma w porządku, sama fala kontroli z kolejnych urzędów może być dla niej sporym problemem. Przekonali się o tym właściciele białostockiego Czyściocha: – Były okresy, że za kontrolerami drzwi się nie zamykały. Kończyła się jedna kontrola, zaczynała kolejna. W końcu do obsługi korowodu urzędników musieliśmy oddelegować jednego z pracowników – wspomina Mentel. W przedsiębiorstwie, które – tak jak Czyścioch – zatrudnia kilkadziesiąt osób, odsunięcie na kilka miesięcy jednego pracownika od wykonywania codziennych obowiązków nie powoduje jeszcze katastrofy. Jeśli jednak taka konieczność zajdzie w dwu-, trzyosobowej firmie rodzinnej – może to dla niej oznaczać koniec. Jak mówią przedsiębiorcy: niszcząca siła donosów nie tkwi w tym, czy zawarte w nich informacje potwierdzą się w czasie kontroli, ale w tym, że paraliżują one pracę firm, których dotyczą, że są w stanie do tego stopnia uprzykrzyć życie przedsiębiorcy, że w końcu sam wycofa się z biznesu.

Patent trzeci: wpuścić kreta

W Zgierzu mają swe siedziby dwie ogólnopolskie firmy produkujące taki sam asortyment materiałów budowlanych. Jakiś czas temu jedna z nich zaczęła w dziwnych okolicznościach tracić klientów: niby początkowo byli zadowoleni z zakupionego towaru, wydawało się, że będą stałymi odbiorcami, ale później nagle zrywali wszystkie kontakty z producentem. – Wyglądało na to, że ktoś wykrada informacje o zawieranych przez firmę umowach. Trzeba było tylko ustalić kto – mówi detektyw Tomasz Ignaczak ze zgierskiej firmy System Ochrony Stekop. Jeden z pracowników agencji zatrudnił się więc w biurze firmy jako sprzątacz. Udawał gamonia, który nie rozumie, co się wokół niego dzieje. Pracownicy szybko przestali zwracać na niego uwagę. – Któregoś dnia zauważył, że jedna ze sprzątaczek – atrakcyjna młoda kobieta – podchodzi do komputera prezesa, wyciąga z niego dyskietkę i chowa do kieszeni. Kiedy wychodziła z pracy, poprosiliśmy ją o pokazanie dyskietki. Były na niej dane dotyczące klientów firmy i oferowanych im cen. Kobieta przyznała się, że pracuje jako informatyk w konkurencyjnej firmie. Pracodawcy obiecali jej, że jeśli się spisze jako szpieg, dostanie awans – opowiada Ignaczak.

Obu zgierskim firmom zależało na tym, by sprawa nie została nagłośniona: jedna nie chciała, by poszło w świat, że dopuściła się nieuczciwej konkurencji, druga – żeby wszyscy dowiedzieli się, że dała się tak podejść. Przedsiębiorcy zawarli więc ugodę. Firma, która wykradała konkurentowi informacje zgodziła się zapłacić mu za utraconych klientów 100 tys. zł i oddać część swoich kontraktów.

Niektóre firmy chcąc zabezpieczyć się przed wyciekiem informacji wynajmują agencje detektywistyczne, które sprawdzają, czy w siedzibie firmy nie ma podsłuchów, instalują urządzenia szyfrujące rozmowy telefoniczne, kamery, sprawdzają nowo przyjętych pracowników na wariografach itd. Pieniądze, które mogłyby iść na rozwój firmy, idą na kolejne zabezpieczenia.

Patent czwarty: zablokować

Stosowane przez polskich przedsiębiorców metody na uprzykrzenie życia konkurencji przywodzą często na myśl filmy o Kargulu i Pawlaku, zdają się sięgać wieloletniej tradycji wojen o miedzę.

Grzegorz Galiński, właściciel firmy Gal-Mont, otworzył w ubiegłym roku na łódzkich Bałutach niewielki salon sprzedaży okien. Po sąsiedzku od wielu lat ma swój sklep duży producent – firma Okno. – Układ wydawał mi się idealny. Klienci lubią mieć jak największy przegląd towaru w jednym miejscu. Myślałem: będziemy wzajemnie nakręcać sobie biznes. Jeśli klienci nie kupią okien u konkurenta – kupią u mnie i odwrotnie – wspomina Galiński. Szybko okazało się, jak bardzo się przeliczył. – Dzień po otwarciu mojego sklepu właściciele Okna postawili płot uniemożliwiający wejście do niego, a kilka dni potem prowizoryczny pawilon, który całkowicie zasłonił moją witrynę. Okazało się, że teren okalający budynek, w którym Galiński wynajął lokal, należy do Okna. „My za niego płacimy i możemy robić na nim, co chcemy” – zakomunikowała wówczas Elżbieta Dacko, właścicielka firmy. Ustąpiła dopiero przed prawem, które nakazuje właścicielowi gruntu udostępnić użytkownikowi budynku, który na nim stoi, półtorametrowe przejście. Dzięki temu klienci mogą już dojść do sklepu Galińskiego. Zaparkować muszą jednak gdzie indziej.

Po Kargulowe (czy jak kto woli – Pawlakowe) metody walki z konkurencją sięgają także duże firmy, które wydawałoby się nie muszą już wydzierać konkurentom każdego klienta, walczyć o każdy grosz. Tak jak należące do Antoniego Ptaka Centrum Handlowe Ptak i Polros braci Zbigniewa i Andrzeja Gałkiewiczów (wszyscy trzej biznesmeni wielokrotnie znajdowali się na listach najbogatszych Polaków). Pierwsza firma jest właścicielem kilkunastu hal targowych w Rzgowie, druga wybudowała po sąsiedzku dwie swoje. Od lat trwa między nimi ostry konflikt. Jakiś czas temu oddana została do użytku droga, dzięki której klienci w ciągu paru chwil mogli przedostać się z jednego centrum do drugiego. To nie podobało się Ptakowi. Wkrótce po otwarciu ulicy ktoś zaparkował na jej środku starą ciężarówkę i zwalił betonowe płyty. Przez kilka miesięcy blokowały przejazd. Gdy w końcu kupcy z hal Polrosu wezwali koparkę, by usunęła zaporę – drogę zagrodzili im ochroniarze z Ptaka komunikując, że ich mocodawca wydzierżawił ulicę od starostwa i może na nią zwalać, co tylko chce.

Patent piąty: uszkodzić

To, czy biznesmen dręczony przez konkurenta rozsiewanymi plotkami, donosami, rozmaitymi utrudnieniami, podda się i wycofa z rynku – zależy głównie od jego determinacji. Dlatego ci, którzy chcą się pozbyć konkurencji, sięgają często po ostrzejszą metodę walki – dającą pewność, że rywal na jakiś czas będzie musiał zawiesić działalność albo chociaż ją ograniczyć. Bo co może zrobić producent, któremu zniszczy się warsztat pracy, albo handlowiec pozbawiony towaru?

Do jednego z naszych klientów – zduńskowolskiej firmy wykonującej nadruki na koszulkach i kubkach – włamali się złodzieje. Nie zabrali jednak ani komputerów, ani innych wartościowych przedmiotów. Wzięli tylko moduły komputerowe sterujące pracą maszyn do nadruków. Bez nich maszyny są bezużyteczne. A na ich sprowadzenie z zagranicy czeka się bardzo długo – opowiada detektyw Tomasz Ignaczak.

Gdyby firma na rozkręcenie działalności zaciągnęła kredyt, konieczność jej zawieszenia mogłaby dla niej oznaczać bankructwo: pozbawiona przez jakiś czas dochodu, nie byłaby w stanie spłacać rat bankowi. Zanim dostałaby odszkodowanie, na ratunek mogłoby już być za późno.

Dla pewnego przedsiębiorcy z branży drzewnej niszczycielska działalność konkurenta mogła zakończyć się tragicznie. Przez dwa lata rywal gnębił go na rozmaite sposoby. Gdy okazały się nieskuteczne, z parkiem maszynowym zaczęły dziać się niepokojące rzeczy. Najpierw ktoś zaczął niszczyć najdroższy sprzęt – heblarki. Potem przyszła kolej na inne maszyny. W jednej z pił ktoś wymienił tarczę na uszkodzoną. Pękła podczas cięcia drewna. Odłamki zraniły pracownika, cud, że nie urwały mu ręki. Przedsiębiorca skończyłby pewnie wówczas w więzieniu – mówi detektyw Popowski.

Jednak nie tylko właściciele firm produkcyjnych dokonują zamachów na majątek konkurentów. Handlowcy także próbują tej metody.

Witold Skrzydlewski, właściciel firmy H. Skrzydlewska – największej w Łodzi sieci kwiaciarni i zakładów pogrzebowych, wspomina: – Zbliżały się popularne imieniny. Mieliśmy chłodnię pełną kwiatów. W nocy ktoś przekręcił regulator temperatury. Rano tysiące kwiatów stały na baczność zamrożone.

Firma Skrzydlewskiego szybko odrobiła straty. Jednak dla wielu drobnych przedsiębiorców utrata o wiele mniejszych kwot może oznaczać konieczność pożegnania się z biznesem. Na to właśnie liczył kominiarz z Międzyrzeca Podlaskiego, który dwa lata temu pobił i okradł swojego kolegę po fachu ze sprzętu kominiarskiego wartego 240 zł. Gdy zatrzymała go policja, przyznał, że miał nadzieję, iż pozbawiając konkurenta narzędzi pracy zapewni sobie monopol na czyszczenie kominów w okolicy.

Patent szósty: puścić z dymem

Józef Matys z Libiąża (woj. małopolskie) miał dwa busy. Woził nimi pasażerów na trasach między pobliskimi miejscowościami. Któregoś ranka, gdy auta stały zaparkowane przed domem, ktoś podłożył pod nie ogień. Matys rzucił się ratować dobytek. Gdy chciał odjechać jednym z aut z miejsca pożaru, zajęła się szoferka. Ledwo się z niej wydostał. Z busów zostały jednak tylko wraki. Trzy lata później z Matysem skontaktował się jeden z dawnych konkurentów – przyznał się, że wespół z pięcioma innymi przewoźnikami złożyli się po 250 zł na podpalacza, który podłożył ogień pod busami.

Małopolscy przewoźnicy od lat toczą między sobą ostre walki. Najzaciętsze – o obsługę najbardziej dochodowych linii między Krakowem a okolicznymi miejscowościami. Co najmniej kilkakrotnie w ostatnich latach walki przewoźników kończyły się podpaleniem pojazdów któregoś z nich. Na przykład cztery lata temu w Dziekanowicach spłonęło pięć autobusów firmy przewozowej FB, a rok później – cztery autobusy firmy z Chodowa.

Tę metodę walki z konkurencją upodobali sobie także właściciele firm porządkowych i zajmujących się wywozem śmieci. Lokalne gazety niemal codziennie donoszą o stratach poniesionych w toczonych przez nich wojnach. Gdy trzy lata temu w Pabianicach pojawiła się nowa firma tej branży – Eko-Region – straż pożarna niemal każdej nocy była wzywana do gaszenia jej kontenerów. Po pożarze każdy pojemnik trzeba było malować – a każde malowanie oznaczało kilkaset złotych mniej w kasie firmy.

Policja z reguły nie jest w stanie ustalić sprawców ani zleceniodawców podpaleń. To samo dotyczy przypadków podłożenia bomby. Chyba że zleceniodawca sam doniesie na siebie organom ścigania – tak jak Mirosław N., właściciel wrocławskiej fabryki zapraw tynkarskich, tynków i klejów, który chciał wysadzić w powietrze fabrykę swoich konkurentów w podwrocławskich Blizanowicach. N. zlecił podłożenie bomby karanemu wcześniej Mariuszowi P. Zawiózł go pod konkurencyjny zakład, pokazał, gdzie znajdują się poszczególne części linii produkcyjnej, poinstruował, jak trzeba podłożyć ładunki, żeby maszyny nie nadawały się już do naprawy. Za robotę zaoferował 20 tys. zł. Nie wiedział jednak, że Mariusz P. nagrał całą rozmowę na dyktafon. Po paru dniach P. zadzwonił do Mirosława N. i zażądał 30 tys. zł za taśmę z nagraniem. Równocześnie sprzedał ją jednak także za 40 tys. zł Tomaszowi Smoleniowi – współwłaścicielowi zakładu, który miał wylecieć w powietrze. Smoleń zaś zaproponował N. układ: cała sprawa pozostanie między nimi, jeśli N. za milion złotych odkupi od niego fabrykę. Tego już było dla N. za wiele – sam poszedł do prokuratury powiadomić o niedoszłym zamachu. – Myślałem, że to takie proste, jak w filmach pokazują. Będzie bum i po wszystkim – wyznał.

Patent siódmy: zastraszyć

Dubienkę i Rudę Hutę (niedaleko Chełma) dzieli 30 km drogi. Każda z miejscowości ma własną piekarnię. Dwa lata temu piekarnia w Dubience zaczęła dostarczać pieczywo do Rudy. A że było tańsze o 10 gr – sprzedaż chleba u miejscowego piekarza znacznie spadła. Przedsiębiorca postanowił więc działać. Któregoś wieczora czterej pracownicy jego piekarni zaczaili się w samochodzie udającym pomoc drogową przy szosie, którą jeździł dostawczy Ford z Dubienki. Zajechali mu drogę. Sterroryzowali metalową rurką siedzącego za kierownicą syna właścicielki piekarni z Dubienki. Otworzyli samochód, opryskali pieczywo proszkiem z gaśnicy. Na odchodnym zagrozili: Jeśli będziesz sprzedawał chleb w Rudzie Hucie, spalimy ci samochód. Gdy zatrzymała ich policja, przyznali, że zgodzili się wziąć udział w napadzie, bo bali się, że jeśli produkcja w ich firmie spadnie, stracą pracę.

Piekarzy z Dubienki konkurencja na szczęście tylko postraszyła. B. – właściciel bełchatowskiej firmy holowniczej Hako – miał mniej szczęścia. W Wielkanoc 2003 r. dostał telefonicznie zlecenie odholowania BMW, które miało rzekomo popsuć się w miejscowości niedaleko Bełchatowa. Gdy przyjechał na miejsce, z auta wyskoczyło kilku mężczyzn. Zakomunikowali B., że mają zadbać o to, by nie holował więcej pojazdów na tym terenie. Pobili go do nieprzytomności kijami bejsbolowymi, podpalili holownik. Po powrocie do zdrowia B. wrócił także do holowania pojazdów. Jego samochody płonęły jeszcze dwukrotnie w kolejnych latach. Straty firmy sięgnęły blisko 200 tys. zł. Zleceniodawcę napadu na B. i podpaleń wsypali wykonawcy – zatrzymani w ubiegłym roku członkowie gangu zajmującego się kradzieżami i wymuszaniem haraczy. Był nim Jan K., właściciel firmy Auto-Komplex, która przez wiele lat wygrywała organizowane przez bełchatowską policję i starostwo przetargi na holowanie pojazdów.

Wielu przedsiębiorców pomimo gróźb prowadzi dalej biznes. Zwykle nie mają wyjścia, bo stanowi on jedyne źródło ich utrzymania. Poddają się dopiero, gdy zagrożone jest zdrowie i życie ich klientów. Tak jak pewien przewoźnik ze Zgierza.

Koncesję na przewozy pasażerów między Łęczycą a miejscowościami w gminie Daszyna przez wiele lat miał miejscowy PKS. Dwa lata temu starostwo przyznało ją tańszej zgierskiej firmie Bus Sprinter. Nie spodobało się to kierowcom PKS. Najpierw w ramach protestu zablokowali wjazd na rynek miasta. Potem jednemu z kierowców Sprintera zagrożono, że jeśli firma nie zabierze swoich autobusów z miasta, gorzko pożałuje. A gdy to nie pomogło – autobus PKS usiłował zepchnąć do rowu wiozącego pasażerów busa konkurencji. Po tym zdarzeniu właściciel firmy Bus Sprinter postanowił zawiesić kursy. Tłumaczył, że nie chce narażać na niebezpieczeństwo swoich pasażerów. PKS mimo braku koncesji jeździł nadal.

Patent ósmy: wynająć killera

Gdy zawiodą wszystkie metody wyeliminowania firmy konkurenta z rynku, zostaje jeszcze jedna – pozbyć się jego samego.

Rodzina Witolda Skrzydlewskiego – byłego łódzkiego radnego, ojca posłanki Joanny Skrzydlewskiej – od kilkudziesięciu lat handluje kwiatami. Na początku lat 90. firma H. Skrzydlewska zajęła się także usługami pogrzebowymi. Większość przedsiębiorstw tej branży płaciła pracownikom pogotowia za informacje o zgonach pacjentów i żeby wyjść na swoje musiała brać za zorganizowanie pogrzebu ponad 2 tys. zł. Skrzydlewski nie płacił, więc pogrzeb kosztował u niego kilkaset złotych. Konkurenci uznali jednak, że to Skrzydlewski psuje rynek. W 2001 r. Jacek T., prezes Łódzkiego Stowarzyszenia Przedsiębiorców Pogrzebowych i Osób Współpracujących, zaczął poszukiwać kogoś, kto mógłby zastrzelić Skrzydlewskiego. A że nie był przy tym zbyt dyskretny, informacja o tym szybko dotarła do Centralnego Biura Śledczego. Jeden z policjantów zgłosił się do T. podając się za płatnego mordercę. Za zamordowanie Skrzydlewskiego zażądał 50 tys. zł. T. przystał na to. Na kolejne spotkanie przywiózł zdjęcie konkurenta i połowę pieniędzy. Gdy go aresztowano, tłumaczył: – Do takiej decyzji zmusił mnie niejako sam Witold Skrzydlewski, którego firma zawładnęła połową miasta.

Policja podejrzewała, że na cyngla, który miał odstrzelić Skrzydlewskiego, złożyło się kilku przedsiębiorców (część pieniędzy na opłacenie zabójcy T. pożyczył od szefa drugiej co do wielkości firmy pogrzebowej w mieście, ten twierdził jednak, że nie wiedział, na co prezes ŁSPPiOW chce je przeznaczyć). T. wziął jednak całą winę na siebie. Za zlecenie zabójstwa został skazany na 12 lat więzienia.

Dwa lata temu ponownie stanął przed sądem – oskarżony o podżeganie do zabójstwa. Aresztanci siedzący z nim w celi w czasie trwania poprzedniego procesu zeznali, że T. proponował im pieniądze za znalezienie „Ruskiego”, który zabije Skrzydlewskiego. Sąd uznał jednak, że świadkowie są niewiarygodni i uniewinnił T.

Choć Skrzydlewski nie jest jedynym przedsiębiorcą pogrzebowym, na którego wydano zlecenie, trudno uznać tę branżę za szczególnie niebezpieczną. Na konkurentów porywają się także przedsiębiorcy budowlani, producenci, a nawet – jak w Borównie Wielkim – sklepikarze.

Patent na uczciwość

Skrzydlewski czasem żałuje, że przyszło mu robić interesy w Polsce: – Kiedy jednemu przedsiębiorcy się powodzi, inni natychmiast sprzysięgają się przeciwko niemu. Wysiłek, który można byłoby włożyć w rozwój firmy, idzie na walkę z niewidzialnym wrogiem.

Jakie okoliczności i warunki szczególnie sprzyjają agresji między konkurentami? Według badania Zespołu Badawczego Etyki Życia Gospodarczego IFiS PAN i Centrum Etyki Biznesu przeprowadzonego dwa lata temu, aż 94 proc. menedżerów firm, mających stabilną sytuację na rynku, uważało, że przestrzeganie norm etycznych przyczynia się do powodzenia i rozwoju firmy. Można więc przypuszczać, że w rywalizacji z konkurentami nie stosowaliby ciosów poniżej pasa. Jednak już wśród menedżerów firm, których sytuacja na rynku się pogarszała, o dużym znaczeniu etyki w biznesie przekonanych było tylko czterech na pięciu. Gdy w firmie zaczynają się problemy – menedżerowie skłonni są odrzucać zasady fair play.

Z kolei organizacje stawiające sobie za cel promocję etycznego postępowania w biznesie (jak Forum Odpowiedzialnego Biznesu czy Centrum Etyki Biznesu) usiłują wprowadzić dyskusję o moralności przedsiębiorców na taki poziom, na jakim toczy się ona w Europie Zachodniej. Propagują ideę społecznej odpowiedzialności biznesu – czyli już nie tylko etycznego postępowania firm, ale także ich zaangażowania w pomoc najbiedniejszym, w ochronę środowiska, wspieranie nauki. W Polsce ta idea trafiła jednak na ciężki grunt.

Pierwszą polską firmą, która wdrożyła w 2001 r. system społecznej odpowiedzialności zgodny z międzynarodową normą ustanowioną przez Social Accountability International, była państwowa Elektrownia Opole. Rok po uzyskaniu certyfikatu prasa ujawniła, że zarząd spółki kupił sobie dwa samochody marki Lexus za 600 tys. zł. Wieloletni prezes Elektrowni Józef Pękala musiał odejść ze stanowiska.

Przeprowadzona po jego odejściu przez NIK kontrola wykazała wiele nieprawidłowości w zarządzaniu pieniędzmi. O Elektrowni było głośno także, gdy okazało się, że od wielu lat ubezpieczała się ona w PZU za pośrednictwem firm brokerskich. Łapówki za umożliwienie pośrednictwa mieli brać członkowie zarządu Elektrowni, a także mąż byłej wiceminister kultury – Aleksandry Jakubowskiej. Marnując publiczne pieniądze władze Elektrowni wdrażały cały czas program społecznej odpowiedzialności.

Kolejną przyczyną tego, że przedsiębiorcy tak łatwo sięgają po nieuczciwe metody walki z konkurencją, jest świadomość, że raczej nie poniosą żadnych konsekwencji. W latach 1995–2004 na podstawie ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji skazanych zostało tylko 201 osób – z czego aż 192 osoby za wprowadzanie do sprzedaży podróbek znanych produktów (to forma nieuczciwej konkurencji, którą najłatwiej udowodnić). Pozostałych dziewięć osób odpowiadało za ujawnienie lub wykradzenie tajemnicy firmy. Kary, jakie orzeczono w tych sprawach, nie były zbyt dolegliwe. Tego, ile osób poniosło odpowiedzialność za zlecanie podpaleń, pobić czy zamachów na konkurentów, określić nie sposób – statystyki kryminalne nie uwzględniają bowiem motywów przestępstw.

Walki rozgrywające się między przedsiębiorcami mało kogo obchodzą. Przeciętny klient na wieść o nich reaguje krótkim: A niech się powybijają! Plotki, wzajemne złośliwości traktowane są z pobłażliwością – ot, zabawne historie, jak z „Samych swoich”.

Skazując zabójców córki właściciela sklepiku w Borównie Wielkim sędzia mówił: – Żądza pieniądza przysłania ludziom wszystko. Za dużo mamy takich eliminacji w naszym codziennym życiu. Mogłoby być ich mniej, gdyby ktoś zareagował, gdy konkurenci odcinali sobie prąd.

Bianka Mikołajewska
Rysunki Mirosław Gryń

Nazwiska niektórych osób zostały zmienione.

Wróć