Detektywi zamiast śledzić zdrady, sprawdzają pracowników

Tygodnik "Newsweek" 08 marca 2010

Przedsiębiorcy częściej wynajmują detektywa, żeby śledził wspólnika albo pracownika niż niewiernego współmałżonka.

Przestronne biuro w kameralnym biurowcu na warszawskiej Ochocie, na drzwiach tabliczka: „Nemezis – agencja detektywistyczna”. Nemezis to grecka bogini zemsty. – Klienci przychodzą do mnie, bo szukają zemsty albo sprawiedliwości, więc wszystko się zgadza – wyjaśnia młody detektyw Jarosław Manastyrski. Trzydziestodwulatek z lekką nadwagą w niczym nie przypomina Sherlocka Holmesa z filmu Guya Richiego. Ma wykształcenie prawnicze, doświadczenie windykatora, ale za ciasno było mu w branży. Biuro urządził w angielskim stylu, z głębokimi skórzanymi kanapami i ogromnym dębowym biurkiem pośrodku. – To podnosi prestiż, a jak cię widzą, tak cię cenią.

A cenią coraz bardziej. Liczba zleceń detektywistycznych od przedsiębiorców rośnie szybciej niż od zazdrosnych małżonków. Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w minionym roku stwierdzono ponad 151 tys. przestępstw gospodarczych, o 12 proc. więcej niż w 2008 r. Szacuje się, że co czwarty przedsiębiorca w Polsce padł ofiarą przestępstwa. Nie czekając na efekty pracy organów ścigania, część zgłasza się do detektywów. Najczęściej liczą oni na odzyskanie utraconego majątku, towaru, a czasem dobrego imienia. Zlecają też sprawdzenie wspólników i przyszłych pracowników, rzadziej kontrahentów. Od nieuczciwych odbiorców próbują odzyskać pieniądze za towar bądź usługi.

Jak jest popyt, to i podaż rośnie. Licencjonowanych detektywów działa dziś w Polsce niespełna pięciuset. Rocznie przybywa na rynku około 50. Zarobki w branży są kuszące. Za banalne sprawdzenie danych firmy, które można zrobić w biurze w pół godziny, klienci płacą po 1000, a nawet 2000 zł. Audyt bezpieczeństwa w firmie – nic wyszukanego – kosztuje 4-5 tys. zł. Głębsze szperanie i sprawdzenie np. członków zarządu czy przyszłych kontrahentów, gdy w grę wchodzi wywiad środowiskowy, czyli zebranie opinii sąsiadów, sprzedawczyni w pobliskim sklepie lub listonosza, to już wydatek kilkunastu tysięcy złotych. – Prywatny klient rzadko dysponuje takim budżetem, a firmy owszem – mówi Marcin Popowski, detektyw z piętnastoletnim doświadczeniem, założyciel agencji Lepard, który specjalizuje się w sprawach kryminalnych, ale ma też ofertę dla biznesu.

– Każde zlecenie jest inne, ale jedno je łączy: trzy czwarte klientów przychodzi już po szkodzie – mówi Michał Rapacki, jeden ze współwłaścicieli agencji detektywistycznej Business Security Agency. Najczęściej zajmują się wyłudzeniami i kradzieżami. – Kradną nieuczciwi kontrahenci, wspólnicy i pracownicy – recytuje Rapacki. Jedna z firm paliwowych zatrudniła jego agencję, by odnaleźć nieuczciwego klienta, który nie zapłacił za ostatni transport paliwa. Spryt oszusta polegał na tym, że najpierw zamówił trzy cysterny, płacąc bez targowania i w terminie. Gdy zdobył zaufanie klienta, zamówił większy transport i zniknął. – No cóż – wzdycha detektyw – gdyby firma dała nam zlecenie sprawdzenia kontrahenta przed zawarciem z nim umowy, w porę dowiedziałaby się, że to oszust. Kosztowałoby ją to 10 tys. zł, a nie ponad półtora miliona.

Agencja Rapackiego ma obroty na poziomie 2 mln zł rocznie, pracuje dla niej siedmiu ludzi. Wynagrodzenie sięga 10-20 proc. odzyskanej kwoty. – Czasem więcej, co zależy od stopnia trudności sprawy – chwali się Rapacki. – Ale są sprawy, których nie opłaca się wziąć nawet za 50 proc. odzyskanych kwot – dodaje Popowski – bo trzeba szukać za granicą. Koszty są zbyt wysokie.

Oprócz kontrahentów kradną pracownicy. – Zazwyczaj tworzy się mała, ale zorganizowana grupa przestępcza, która wywozi towar z firmy – mówi Rapacki. – Wprowadzamy tam swojego człowieka, który dyskretnie nawiązuje kontakty i rozpracowuje siatkę. To wymaga czasu, ale się opłaca. Mieliśmy kiedyś zlecenie od producenta papieru. Po kilku tygodniach pracy wykryliśmy, że grupa pracowników w pół roku wywiozła 40 tirów papieru o wartości 600 tys. euro. Manastyrski z kolei prowadził sprawę, nad którą pracowało dziewięć osób przez trzy miesiące. Chodziło o wyprowadzanie towaru z firmy produkującej chemię gospodarczą. – Rozpracowaliśmy całą piramidę przestępczą, która sięgała od pracowników ochrony i magazynierów do menedżerów w zarządzie – opowiada.

Być może dlatego, by uniknąć podobnych wpadek, coraz więcej firm decyduje się na sprawdzenie kandydata na wysokie stanowisko, szczególnie w bankach, firmach ubezpieczeniowych czy funduszach inwestycyjnych. Jak mieszka, z kim się spotyka, jakie ma uzależnienia. Oprócz tego kandydat jest badany wariografem. Taki pakiet usług kosztuje ok. 50 tys. zł, dla międzynarodowej firmy to żaden wydatek. – Gdy prezes dostaje solidny rachunek – mówi Popowski – wie, że kandydat został rzetelnie prześwietlony. Bo ile można się dowiedzieć za pięć tysięcy? – pyta z przekąsem detektyw.

Longina Grzegórska

Źródło: http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/spoleczenstwo/detektywi-zamiast-sledzic-zdrady--sprawdzaja-pracownikow,54868,1

Wróć