Przedsiębiorcy częściej wynajmują detektywa, żeby śledził wspólnika albo pracownika niż niewiernego współmałżonka.
Przestronne biuro w kameralnym biurowcu na warszawskiej Ochocie,
na drzwiach tabliczka: „Nemezis – agencja detektywistyczna”. Nemezis to
grecka bogini zemsty. – Klienci przychodzą do mnie, bo szukają
zemsty albo sprawiedliwości, więc wszystko się zgadza –
wyjaśnia młody detektyw Jarosław Manastyrski. Trzydziestodwulatek z
lekką nadwagą w niczym nie przypomina Sherlocka Holmesa z filmu Guya
Richiego. Ma wykształcenie prawnicze, doświadczenie windykatora, ale za
ciasno było mu w branży. Biuro urządził w angielskim stylu, z
głębokimi skórzanymi kanapami i ogromnym dębowym biurkiem pośrodku. – To
podnosi prestiż, a jak cię widzą, tak cię cenią.
A cenią coraz bardziej. Liczba zleceń detektywistycznych od
przedsiębiorców rośnie szybciej niż od zazdrosnych małżonków. Z danych
Komendy Głównej Policji wynika, że w minionym roku stwierdzono
ponad 151 tys. przestępstw gospodarczych, o 12 proc. więcej niż w 2008
r. Szacuje się, że co czwarty przedsiębiorca w Polsce
padł ofiarą przestępstwa. Nie czekając na efekty pracy organów
ścigania, część zgłasza się do detektywów. Najczęściej liczą oni na
odzyskanie utraconego majątku, towaru, a czasem dobrego imienia. Zlecają
też sprawdzenie wspólników i przyszłych pracowników, rzadziej
kontrahentów. Od nieuczciwych odbiorców próbują odzyskać pieniądze za
towar bądź usługi.
Jak jest popyt, to i podaż rośnie. Licencjonowanych detektywów
działa dziś w Polsce niespełna pięciuset. Rocznie przybywa na
rynku około 50. Zarobki w branży są kuszące. Za banalne sprawdzenie
danych firmy, które można zrobić w biurze w pół godziny, klienci płacą
po 1000, a nawet 2000 zł. Audyt bezpieczeństwa w firmie – nic
wyszukanego – kosztuje 4-5 tys. zł. Głębsze szperanie i
sprawdzenie np. członków zarządu czy przyszłych kontrahentów, gdy w grę
wchodzi wywiad środowiskowy, czyli zebranie opinii sąsiadów,
sprzedawczyni w pobliskim sklepie lub listonosza, to już wydatek
kilkunastu tysięcy złotych. – Prywatny klient rzadko dysponuje takim
budżetem, a firmy owszem – mówi Marcin Popowski, detektyw z
piętnastoletnim doświadczeniem, założyciel agencji Lepard, który
specjalizuje się w sprawach kryminalnych, ale ma też ofertę dla biznesu.
–
Każde zlecenie jest inne, ale jedno je łączy: trzy czwarte klientów
przychodzi już po szkodzie – mówi Michał Rapacki, jeden ze
współwłaścicieli agencji detektywistycznej Business Security Agency.
Najczęściej zajmują się wyłudzeniami i kradzieżami. – Kradną nieuczciwi
kontrahenci, wspólnicy i pracownicy – recytuje Rapacki. Jedna z firm
paliwowych zatrudniła jego agencję, by odnaleźć nieuczciwego klienta,
który nie zapłacił za ostatni transport paliwa. Spryt oszusta polegał na
tym, że najpierw zamówił trzy cysterny, płacąc bez targowania i w
terminie. Gdy zdobył zaufanie klienta, zamówił większy transport i
zniknął. – No cóż – wzdycha detektyw – gdyby firma dała nam
zlecenie sprawdzenia kontrahenta przed zawarciem z nim umowy, w porę
dowiedziałaby się, że to oszust. Kosztowałoby ją to 10 tys. zł, a nie
ponad półtora miliona.
Agencja Rapackiego ma obroty na poziomie 2 mln zł rocznie, pracuje dla
niej siedmiu ludzi. Wynagrodzenie sięga 10-20 proc. odzyskanej kwoty. –
Czasem więcej, co zależy od stopnia trudności sprawy – chwali się
Rapacki. – Ale są sprawy, których nie opłaca się wziąć nawet za
50 proc. odzyskanych kwot – dodaje Popowski – bo trzeba szukać
za granicą. Koszty są zbyt wysokie.
Oprócz kontrahentów kradną pracownicy. – Zazwyczaj tworzy się mała, ale
zorganizowana grupa przestępcza, która wywozi towar z firmy – mówi
Rapacki. – Wprowadzamy tam swojego człowieka, który dyskretnie
nawiązuje kontakty i rozpracowuje siatkę. To wymaga czasu, ale się
opłaca. Mieliśmy kiedyś zlecenie od producenta papieru. Po
kilku tygodniach pracy wykryliśmy, że grupa pracowników w pół roku
wywiozła 40 tirów papieru o wartości 600 tys. euro. Manastyrski z kolei
prowadził sprawę, nad którą pracowało dziewięć osób przez trzy miesiące.
Chodziło o wyprowadzanie towaru z firmy produkującej chemię
gospodarczą. – Rozpracowaliśmy całą piramidę przestępczą, która
sięgała od pracowników ochrony i magazynierów do menedżerów w zarządzie –
opowiada.
Być może dlatego, by uniknąć podobnych wpadek, coraz więcej firm
decyduje się na sprawdzenie kandydata na wysokie stanowisko, szczególnie
w bankach, firmach ubezpieczeniowych czy funduszach inwestycyjnych. Jak
mieszka, z kim się spotyka, jakie ma uzależnienia. Oprócz tego kandydat
jest badany wariografem. Taki pakiet usług kosztuje ok. 50 tys. zł,
dla międzynarodowej firmy to żaden wydatek. – Gdy prezes dostaje
solidny rachunek – mówi Popowski – wie, że kandydat został rzetelnie
prześwietlony. Bo ile można się dowiedzieć za pięć tysięcy? – pyta z
przekąsem detektyw.
Longina Grzegórska